Dziś: wtorek,
26 września 2017 roku.
Przegląd do nr 552 wrzesień 2017 r.
Rodacy
Kontrowersje etniczne
O Słowakach w Polsce

Mało kto wie, że obecna granica polsko-słowacka różni się (na korzyść Polski) od granicy galicyjsko-węgierskiej sprzed I wojny światowej. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polska wysunęła wobec słabej wówczas Czechosłowacji pretensje terytorialne, żądając przekazania Polsce całych Tatry, Orawy, Spisza, Kysuc i innych etnicznie słowackich ziem.

Podyktowane było to realizacją wielkomocarstwowej koncepcji "Polski od morza do morza", której hołdowała endecja. Ówczesne polskie władze postawiły sobie za cel maksymalnie osłabić Czechosłowację, czyli państwa które podobnie jak Polska chciało odgrywać rolę lidera Europy Środkowo-Wschodniej.

Drugim celem było uzyskanie granicy z tradycyjnym polskim sojusznikiem - Węgrami, a to wiązało się z dążeniami Warszawy i Budapesztu do podziału Słowacji i Zakarpacia pomiędzy Polskę i Węgry. W tej mocarstwowej koncepcji polsko-węgierska granica miała przebiegać przez grań Tatr Niżnych (Chopok byłby szczytem granicznym Polski i Węgier), a po stronie polskiej znalazłyby się m. in. całe Tatry, Poprad, Liptowski Mikulasz i inne słowackie ziemie.

Polacy argumentowali te działania tym, że są to ziemie "odwiecznie polskie", a ludność okolic Popradu, Keżmarku, Liptowa i Spisza mówi góralskim dialektem, który bardziej przypomina język polski niż słowacki. Dla propagowania tej tezy powstawały w Krakowie i na Podhalu różne wielkomocarstwowe organizacje, np. Towarzystwo Kresów Południowych. Jednym z największych propagatorów tej koncepcji był polski geolog, profesor AGH Walery Goetel, który do udowadniania "polskości" Popradu i Smokovców posługiwał się argumentami z dziedziny geofizyki i geologii.

Należy zaznaczyć, że miejscowa ludność miała inne zdanie na temat swojej tożsamości narodowej i nie zgadzała się na przymusową polonizację. A w latach zaraz po rozpadzie Austro-Węgier tereny te były wielokrotnie obsadzane to polskim, to znów czechosłowackim wojskiem. Nieraz dochodziło do walk zbrojnych, w których ginęła ludność cywilna.

Ostatecznie sprawę granic miał rozstrzygnąć plebiscyt, ale w ostatniej chwili go odwołano. Decyzją Rady Ambasadorów słowackie ziemie podzielono i ich skrawek przyznano Polsce (m. in. Jabłonka, Chyżne, Lipnica, Podwilk, Niedzica, Jurgów, Harkabuz).

To stąd właśnie pochodzi mniejszość słowacka w Polsce. Początkowo Słowacy stanowili niemal 100% mieszkańców przyłączonych do Polski skrawków Spisza i Orawy, z czasem stopniowo ulegali asymilacji (również wskutek przymusowej polonizacji w szkołach i kościołach), niektórzy wyjechali na studia do większych miast w całej Polsce (głównie Kraków i Warszawa) i tam już zostali.

Dziś siedzibą Towarzystwa Słowaków w Polsce jest Kraków, gdzie mieszka wielu Słowaków pochodzących z polskiego Spisza i Orawy, ale także nowej emigracji.

Paradoksalnie, tolerancyjny i kosmopolityczny Kraków okazał się lepszym miejscem dla funkcjonowania Towarzystwa Słowaków, niż pierwotnie etnicznie słowackie, a dziś spolonizowane wioski polskiej Orawy i Spisza.

Nie od dziś wiadomo, że Podhale i okolice (np. Jabłonka) są jednym z mateczników polskiej skrajnej prawicy, która kategorycznie nie zgadza się np. na ustanowienie podwójnych nazw miejscowości oraz hołduje hasłom typu "Polska dla Polaków", w którym nie ma miejsca na rozwój kultury mniejszości narodowych i która nazywa Słowaków "Węgrami, którzy nie nauczyli się dobrze mówić po polsku".

W czasach Europy bez granic wielu młodych Polaków i Słowaków miało okazję spotkać się... na wakacyjnej pracy w Irlandii i Wielkiej Brytanii. Powstały w ten sposób mieszane małżeństwa, z których część zdecydowała się mieszkać na Słowacji, a część - w Polsce, w tym właśnie w Krakowie.

Ponadto, do Krakowa wyjechała na studia lub do pracy pewna ilość mieszkańców słowackiej części Orawy, Spisza, Liptowa i innych terenów graniczących z Polską. Co jest zrozumiałe jeśli wziąć pod uwagę fakt, że karierę robi się w metropoliach, a dla mieszkańców Dolnego Kubina czy Popradu najbliższą metropolią nie jest wcale Bratysława (odległa o 300 km), ale oddalony o 130 km Kraków (notabene, dwa razy większy od stolicy Słowacji).

Jakub ŁOGINOW

Dziennik Kijowski