Dziś: wtorek,
21 listopada 2017 roku.
Przegląd do nr 555 listopad 2017 r.
Przeczytaj
Robert Migdał rozmawia z prof. Janem Miodkiem
Nara jest spoko. Nie kumasz?


Jan Miodek urodził się 7 czerwca 1946 roku w Tarnowskich Górach. W 1968 roku uzyskał magisterium z dziedziny filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim.Doktorat uzyskał w 1973 roku, a habilitację w 1983 roku. Od 1989 roku aż do dzisiaj jest dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej na Uniwersytecie we Wrocławiu. Doktor honoris causa Pedagogicznego Uniwersytetu Wileńskiego i Uniwersytetu Opolskiego.

- W Polsce po 1989 roku nie boimy się obcych słów. Natomiast jeśli chodzi o naszych rodaków za granicą, to jest różnica. Oni są bardziej wyczuleni na problemy językowe niż Polacy znad Odry czy znad Wisły. Oni boją się zagrożeń dla języka polskiego. Mają nam na przykład za złe, że utrwaliliśmy takie anglicyzmy, jak "dżojstik" czy "skaner" - mówi wybitny językoznawca, profesor, autor jednej z niezwykle pożytecznych książek „Słownik polsko@polski z Miodkiem. Część 2",  będącej istną kopalnia wiedzy, rad i porad językowych dla Polaków. Także dla tych z zagranicy.

JM - Polacy z zagranicy mają zachowania purystyczne wobec języka. Starają się propagować formy tylko rdzennie polskie. Ale to można odnieść i do Czechów, i do Niemców, bo takie tendencje pojawiają się w chwilach zagrożeń we wszystkich narodowościach.

Przez całe wieki na ulicach czeskich miast czeszczyzny praktycznie się nie słyszało: przetrwała ona wśród ludu, na wsi, bo język czeski był najbardziej chyba zgermanizowanym językiem słowiańskim. I kiedy oni się językowo budzili, to utrwalili w języku stare słowiańskie słowa, jak na przykład "hudba". I oczywiście każdy Czech wie, co to jest "muzyka", ale jednak tam słowem najczęściej używanym do tego rodzaju sztuki nie jest "muzyka", tylko właśnie "hudba". Dlatego też oni do dzisiaj mają "divadlo", choć cały cywilizowany świat ma "teatr". I u nich oficjalnie nie jest "narodni teatr" tylko "narodni divadlo". Niemcy, którzy się też jednoczyli w wieku XIX, mają dużo słów złożonych tylko z tworów niemieckich. Większość świata ma "telewizję", a oni mają "Fernsehen" - czyli "patrzenie na odległość".

- I w Polsce było identycznie.

- W XIX stuleciu też przeżyliśmy taki moment, że językowi puryści chcieli nawet z trygonometrii wyrzucić sinus i cosinus i zastąpić go "wstawą" i "dostawą". Chcieli wyrzucić z użycia "uniwersytet" - bo to obce słowo - i zastąpić go "wszechnicą".

- Poniekąd im się udało, bo uniwersytet nie zniknął, ale wszechnica stała się słowem, które trwa do dziś.

- Pamiętam kursy wszechnicy radiowej. Po wojnie były nadawane. Poza tym często na takie czy inne zgromadzenie, w którym mamy do czynienia z nauką, mówimy, że to jest wszechnica. Natomiast jeśli narody są wolne, to te skłonności purystyczne zdecydowanie maleją, odchodzą. Możemy powiedzieć, że po 1989 roku jako społeczność staliśmy się bardziej liberalni w stosunku do zjawisk językowych: już się tak nie boimy obcych słów.

- Natomiast jeśli chodzi o Polaka za granicą...

- To jest różnica. On tęskni do kraju. Nawet jeśli się w Niemczech czy Ameryce dobrze urządzi, to jednak na dnie serca do tego ojczystego kraju tęskni. I dlatego jest bardziej wyczulony na problemy językowe.

- Bardziej dbają o to, żeby mówić poprawnie?

- Tak, ale niekiedy wychodzi z nich jednak snobizm. Za granicą stykam się z ludźmi, którzy wyjechali z Polski 50, 60 lat temu i ich polszczyzna jest taka jak moja, jak pana. A zetknąłem się i z takimi, którzy są w Ameryce czy we Francji kilka lat i będą udawać w czasie rozmowy, że nie pamiętają polskiego. I pytają: "jak się to po waszemu mówi", pokazując na lampę, młotek czy filiżankę. I ja mam uwierzyć, że on zapomniał polskich słów? A na dodatek będzie miał w sobie taką fonetykę, żebym ja koniecznie usłyszał, że tam w tle jest język angielski czy niemiecki. Wtedy czuję snoba na odległość.

- Z jakimi najczęściej problemami zgłaszają się do Pana widzowie z zagranicy?

- Myślę, że to jest przeciętna krajowa: tak samo jak w Polsce, razi ich złe akcentowanie. Bardzo ubolewają nad wulgarnością polszczyzny. 

- Bo język polski często jest przerywany... przerywnikami.

- Taka scenka: 11 lat temu, po wielogodzinnej podróży samolotem, idę z żoną na nasz pierwszy spacer po dolnym Manhattanie. I ledwośmy wyszli i słyszymy: "Kur... Józek, jak ci przypier...". Nasi tam byli.

Nowy Jork, budowa i Polacy. Nasi. Ale takie dialogi słyszałem i w Paryżu, i w Berlinie, i w Pradze. Kiedyś pojechałem z żoną i synem do Paryża. Zbliżamy się z grupą do placu Pigalle. Nagle pojawia się Murzyn handlarz i słysząc, że jesteśmy Polakami, mówi: "Poloń, Poloń, kur...a, kur...a, za darmo, za darmo". To miało znaczyć, że to, co sprzedaje, jest tanie.

- Niestety, ze słowem "kur..." świat kojarzy Polaków.

- I to jest okropne. A ostatnio, jeden z polskich piłkarzy, naszych reprezentantów z zaciągu cudzoziemskiego, twierdził w rozmowie z dziennikarzem, że słabo mówi po polsku. Ale na pytanie reportera: "Ale coś tam pan pewnie mówi po polsku". Odpowiedział od razu: "Oczywiście, »kur...a«". Nie wiem, co to się porobiło, bo niech mi pan wierzy, nie usłyszałem tego słowa z ust swojego ojca, nawet gdy prowadziliśmy rozmowy już jako dorośli ludzie.

- Czy problemy językowe Polaków za granicą są przypisane do krajów, w których mieszkają? Czy inne problemy z polskim mają emigranci w Szwecji, inne w Anglii, a jeszcze inne w Niemczech?

- Pamiętam, że jakiś Polak ze Szwecji wypomniał mi, że ja tak, jak my wszyscy w kraju, od wieków, na stolicę Szwecji mówię z niemiecka "Sztokholm", chociaż w oryginale szwedzkim powinien to być "Stokholm". Ale my pod wpływem fonetyki niemieckiej ze "Stokholmu" robimy "Sztokholm". Tak samo niemieckie z pochodzenia - jeśli chodzi o nazwę - "Sztrazburg" wymawiamy przez "sz". A wiadomo, jak to było z tym miastem: raz było przy Niemczech, a to przy Francji. Ponieważ jest teraz przy Francji, to coraz więcej osób mówi "Strasburg". Czasem więc te lokalne problemy, wątpliwości językowe wychodzą w pytaniach. Polacy dzwoniący z Czech czy ze Słowacji poruszają problem słów, które brzmią jednakowo w języku polskim, słowackim i czeskim, a znaczą jednak coś zupełnie innego.

- Co na przykład?

- To są czasem wulgarne słowa, jak polskie słowo "szukać", które w Czechach, oznacza "uprawiać seks". Oczywiście poruszają też takie problemy, jak: czy "na Słowacji" czy "w Słowacji", jedziemy "do Słowacji" czy "na Słowację".

- I jak jest poprawnie?

- Akurat tu można i tak, i tak. Jeden Polak z Ukrainy upomina się: Skoro mówicie do Niemiec, do Szwecji, do Francji, do Paragwaju, to powinniście mówić "do Ukrainy" i być "w Ukrainie". A ja mu na to odpowiadam: "Proszę Pana, niech się Pan nie gorszy. To są tradycją utrwalone wyjątki, że jedziemy "na Węgry", "na Litwę", "na Ukrainę". Jak nie mogę Polakom nagle kazać być "w Ukrainie".

 - A Polacy z krajów anglojęzycznych?

Oni są bardzo uczuleni na anglicyzmy. Czasem są śmiesznostki: kiedyś Polka ze Szwecji miała nam za złe, że w adresie mejlowym wymyśliliśmy "małpę". Zapytałem ją: a co jest w języku szwedzkim, w adresie, zamiast naszej małpy? Ona na to: "ogonek słonia". I ja się pytam - w czym jest lepszy ogonek słonia od małpy? Tak jak w Ameryce pewien Polak zaczął mi zarzucać, jako przedstawicielowi narodu polskiego, żeśmy utrwalili "automatyczną sekretarkę". Jak mogliście to urządzenie tak kretyńsko nazwać - mówił. - My to nazywamy "ipsofon", bo rozmówca "sam się nagrywa".

- Czy coś Pana jeszcze zaskakuje w pytaniach internautów?

- Uważam się za szczęściarza wśród wszystkich językoznawców, bo mam bezcenny kapitał: wgląd w stan języka polskiego współczesnych Polaków. W kraju i na świecie. Nie ma nic cenniejszego, bo widzę język w ruchu. I dlatego każde pytanie telewidza, czy internauty jest dla mnie bezcenne. Bo jeśli po raz 555. ktoś mnie pyta, czy w bierniku powiedzieć "tę" czy tą", to łapię się, że czasem mówię jak automat, bo ja odpowiedź mam wręcz nagraną w swoim mózgu, ale z drugiej strony widzę, że to pytanie cały czas nurtuje Polaków i jest dla nich ważne. W programie są też uliczne sondy językowe. Bardzo dużo jest w nich polszczyzny ludzi młodych. Nie czarujmy się. Mam prawie 70 lat i 95 procent młodzieżowych neologizmów nie rozumiem i nie wiem, co one znaczą. A dzięki tym sondom się ich uczę. Nie zamierzam jej stosować, bo byłbym groteskowy, gdybym nagle do pana zaczął mówić "spoko", "nara", "zróbmy sobie melanż". Poznawanie tych słów jest dla mnie jednak bardzo ciekawe.

Przy okazji wychodzą też, niestety, braki młodych ludzi: bo gdy słyszą pytanie, co to jest "ewidentny" albo "permanentny" - zaczynają kręcić. "Wiem, wiem, ale..." - i nie umie odpowiedzieć. A gdy mu Pan rzuci jakimś "LOL-em", to odpowiada od razu i to pełną definicją - taką, że można ją od razu wsadzać do słownika.

- A co to jest ten "LOL"?

- Uśmiech, coś śmiesznego. Pogodny wyraz twarzy. Zdarzają się tacy rozmówcy, którzy stawiają sobie za zadanie "zagiąć" profesora Miodka? Oczywiście. Na przykład: "Panie profesorze, od czego może pochodzić nazwisko...". I tu łubudu - rzucają nazwą. No i nie wiem - przyznaję się do tego... Ta książka to bardzo praktyczny poradnik. Taki do codziennego stosowania. Są w niej konkretne odpowiedzi na konkretne pytania, rozwiewam językowe wątpliwości. Ale staram się dodać tło językowe - skąd się wziął ten problem, odsłonić mechanizm, który do tego problemu językowego doprowadził. "Słownik polsko@polski" naszpikowany jest zdjęciami wpadek językowych: z gazet, z billboardów, z internetu...

Ja też po ojcu jestem Ślązakiem i choć wychowałem się w domu nauczycielskim, inteligenckim, to śląską gwarę znam bardzo dobrze. Jak graliśmy w piłkę nożną, to mówiłem, że gramy w bala – czyli w piłkę, trafiałem balą w latę – czyli w poprzeczkę, a po faulu strzelałem z elwra – czyli z jedenastki. Im jestem starszy, tym chętniej używam gwary.

Kiedy byłem chłopcem, szczytem wszystkiego było powiedzieć „kurde” albo „kurde balans”. Nawet gdy zdarzyło się czasem przekląć, to już na pewno żaden z nas nie ośmieliłby się tak powiedzieć przy dziewczynie. Dzisiaj mówimy w miejscach publicznych i nie ma żadnego znaczenia, czy to chłopak, czy dziewczyna.

Zajebiście? To słowo jest obrzydliwe i pochodzi od paskudnego czasownika na „jot”. Dostaję gęsiej skórki! I to już nawet nie o to chodzi, że mamy przyzwolenie społeczne na jego używanie i wszyscy wymawiają je z uśmiechem, jakby nie wiedzieli, od jakiego wyrazu pochodzi! To słowo jest tak obrzydliwe fonetycznie, że nawet gdyby znaczyło aksamitny, to bym go nienawidził!

Dziennik Kijowski