Dziś: czwartek,
23 listopada 2017 roku.
Przegląd do nr 555 listopad 2017 r.
Historia
DZIENNIK KIJOWSKI PRAWDA O POWSTANIU

Pamięć – jak prochy w grobowcu:
wydaje się, że to coś stałego,
ale jak dotkniesz – rozsypuje  się…

Nieprawdą jest raczej, że „Dziennik Kijowski” powstał w marcu 1992 roku - przynajmniej nieprawdą w moim osobistym odczuciu. Dla mnie „niepokalane poczęcie” DK nastąpiło jeszcze gdzieś w roku 1946, kiedy to po raz pierwszy, jako 4-letni chłopaczek, zacząłem nie tylko słyszeć, lecz i rozumieć polskie słowa.

Było to na zachodzie Polski, na lotniczej bazie wojskowej Armii Radzieckiej, gdzie ojciec, po odniesieniu ran na wojnie jako lotnik-myśliwiec, odbywał służbę jako oficer sztabu pułku lotniczego do roku 1950, przed tym, jak dyslokowano jego pułk z Polski na Daleki Wschód; jak okazało się z powodu wojny w Korei. Wtedy, jeszcze w Polsce, normalnie się obcowaliśmy wza­jemnie - dzieciaki „radzieckie” i polskie - dziwną mieszaniną polsko-rosyjskich słów.

Nie byłoby chyba dzisiejsze­go „DK” bez tego „prologu”.

W roku 1958 razem z matką, ojcem i siostrą (która urodziła się jeszcze w Polsce), po demobilizacji ojca, przyjechaliśmy do rodzinnego miasta ojca - Kijowa. Dziadek Wukoł - pochodzący spod Białej Cerkwi - zmarł wkrótce w tym samym roku, babcia Hania, którą jeszcze kiedyś, przed bolszewickim przewrotem 17-go roku, dziadek wywiózł skądś spod Łodzi, zmarła jeszcze wcześniej, w roku 1952 i została pochowana w dawnym rodzin­nym grobowcu na Cmentarzu Bajkowa w Kijowie, na 13-ej polskiej parceli cmentarza. Dziadka pochowano obok niej.

Dziadek przed „rewolucją” bywał często w Łodzi na targach tekstyliów, gdyż był wtedy w Kijowie znanym producentem damskiej odzieży - sukienek, spódniczek, haftowanych akcesoriów (robionych na kupionych w Anglii maszynach do haftowania). Dom mojego dziadka (chyba mój dom?) stoi dotychczas na ulicy Prorizna, obok Kreszczatyku - przed „rewolucją”, w roku 1913, właśnie w domu mojego dziadka mieściła się redakcja dawnego „Dziennika Kijowskiego”, o czym zachowały się dokumenty w Bibliotece Historycznej Ukrainy.

Może to nie dziwny zbieg okoliczności, lecz „Głos Pana”, że właśnie ja zorganizowałem w roku 1992 wznowienie „DK”. Czemuś wydaje mi się, że nie byłoby dzisiejszego DK bez tego „Głosu”.

Między innymi dziadek, chociaż i drobny, ale kapitalista, nie miał szans ocaleć w czasie terroru lat trzydziestych. Ale znalazł sposób - po wyrzuceniu go z rodziną z własnego domu przechował w piwnicy na ulicy Lenina 20 (teraz Chmielnickiego) parę angielskich maszyn do haftowania. I zaczął zarabiać. Właściwie stal się biznesmenem, jeszcze przy socjalizmie. Robił duże haftowane portrety kolejnych wodzów partii (najwięcej oczywiście podobizn Stalina) i potajemnie sprzedawał je partyjnym „dostojnikom” Kijowa.

Portrety te wisiały w gabinetach najwyższych działaczy partyj­nych Ukrainy, a oni z przyjemnością pokazywali je każdemu poważnemu gościowi (zwłaszcza z Moskwy), mówiąc przy tym: „Haftowany portret wodza! Ukraińska sztuka stosowana!” Oczywiście zleceniodawców nie brakowało i władza była zainteresowana w tym, żeby dziadek stale pracował.

l września 1960 roku wstąpiłem na pierwszy rok studiów na wydział elektroakustyki Politechniki Kijowskiej, zaś l października 1960 roku przyszedłem do Biblioteki im. KPZR (na placu Stalina) na pierwsze zajęcie pierwszego po wojnie kółka języka polskiego w Kijowie, który prowadziła pełna czaru pani Wiera Awksientjewa.

Ależ towarzystwo dobrało się wtedy - znakomity dyrygent Igor Błażkow (wtedy jeszcze student konserwatorium), inżynier, a potem świetny tłumacz literatury polskiej - Garik Burgański, psycholog Borys Iwanczenko i wielu innych, z którymi potem przez wiele lat utrzymywaliśmy przyjacielskie kontakty, rozmawiając telefonicznie lub przy spotkaniach wyłącznie po polsku.

Nie byłoby chyba dzisiejszego „DK” bez kółka języka polskiego pani Wiery Awksientjewej.

Od roku 1965 do 1981 - do wprowadzenia w Polsce stanu wojennego - razem z przyjacielem Borysem Szełuncowem, prezydentem pierwszego w Kijowie Jazz Klubu (psychiatrą z zawodu), prenumerowaliśmy „Twórczość”, omawiając (w języku polskim) praktycznie każdą stronę tego doskonałego miesięcznika poświęconego literaturze pięknej.

W końcu 1991 roku zostałem zaproszony przez pana Stanisława Szałackiego, prezesa Związku Polaków na Ukrainie, na posiedzenia Zarządu Związku, gdzie zaproponowano mi zorganizować polską gazetę w Kijowie. Decyzję podjąłem natychmiast - zrobię to!

Po upływie trzech miesięcy miałem już zespół zapaleńców tego pomysłu - przyszły skład redakcji. W skrócie opisano to w książce poświęconej pamięci St. Szałackiego „Jak trudno być Polakiem”. Zespół przygotował materiały wyjściowe dla pierwszego numeru „DK”, częściowo w rękopisach.

W Kijowie nie udało się znaleźć polskiego składu komputerowego, tym bardziej z możliwością jednoczesnego fachowego łamania gazety na komputerze. Zadzwoniłem więc do Polski, do znajomych w Warszawie, a potem do Wrocławia. Poprosiłem o pomoc ze składem i łamaniem na komputerze. Od każdego otrzymałem odpowiedź: przyjeżdżać niezwłocznie, wszystko zrobią bezpłatnie.

Natychmiast zadzwoniłem do Przemyśla do Krzysztofa Pawełka, dobrego znajomego (jeszcze z czasów jego studiów w Krakowie), wówczas dyrektora firmy „Sancoop”. Powiedziałem mu dosłownie tak: „Zmontowałem „bombę” - pierwszą po wojnie polską gazetę w Kijowie. Mam tylko 5 dolarów na drogę do Przemyśla. Muszę dojechać potem do Warszawy lub do Wrocławia, gdzie zrobią mi skład komputerowy. Czy opłacisz mi drogę tam i z powrotem do Kijowa?”

Odpowiedział: „Nie ma problemów, wyjeżdżaj natychmiast”.

W Przemyślu Krzysztof poprosił pokazać materiały zamierzonej gazety, uważnie przejrzał je i powiedział: „Dalej nie pojedziesz. Wszystko możemy zrobić tu, w Przemyślu i chcę, żeby pierwszy numer DK powstał właśnie w Przemyślu”.

W ciągu następnego dnia Krzysztof zorganizował wszystko - kontakty z dziennikarzami, spotkania w Urzędzie Miasta, z prezydentem Przemyśla a nawet z biskupem, który po zapoznaniu się z materiałami powiedział: „Dobrze. Szczęść Boże!”. Podłączono do sprawy drukarnię - Spółdzielnię „Praca” i już po trzech dniach był gotowy numer gazety o nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy. Krzysztof Pawełek opłacił druk nie tylko 1-go numeru DK, lecz i pięciu następnych.

Przypadek uratował 10 tysięcy egzemplarzy od pocięcia na kawałki i wyrzucenia na śmieci.

Bez moich kolegów-zapaleńców, których odszukałem i zebrałem, nazwiska których figurują w pierwszym numerze „DK”, oraz prawdziwego polskiego inteligenta - Krzysztofa Pawełka może i nie byłoby dzisiejszego „DK”.

Z Przemyśla zadzwoniłem do Urzędu Ceł we Lwowie z zapytaniem - czy przepuszczą mnie na Ukrainę z nakładem gazety w języku polskim (Urząd Celny w Przemyślu już przedtem dał pozytywną odpowiedź), który powiozę pociągiem? Odpowiedzieli, że nie - bez kontraktu nie przepuszczą. Nie było wyjścia. Znalazłem w Przemyślu kijowską ciężarówkę, która miała wieźć jakiś towar do Kijowa, dogadałem się z kierowcą i wrzuciłem paczki „DK” w kąt skrzyni ładunkowej, pod towar.

Wieczorem wyjechałem do Kijowa, po przyjeździe dogadałem się z celnikami kijowskimi, spotkałem ciężarówkę, celnicy „nie zauważyli” jakichś tam gazet, a ja zabrałem paczki, uzgodniłem z „SOJUZPIECZATIĄ” Kijowa kolportaż i za parę dni DK był już we wszystkich kioskach Kijowa.

Chodziłem od kiosku do kiosku jak oszalały rozważając: mało tego, że nie mając w ogóle ani kopiejki zrobiłem 10 tysięcy egzemplarzy pierwszej prawdziwej polskiej gazety w Kijowie, ale w dodatku „przemyciłem” je przez polsko-ukraińską granicę i bez żadnego świadectwa reje­stracji gazety wepchnąłem ją do kijowskich kiosków.

Przyznaję się, że byłem naprawdę zadowolony: „DK” powstał!

Pamiętacie Państwo - u Mikołaja Gogola był pasiecznik Rudyj Pańko, który ponoć opowiadał mu to, co potem opisywał w swoich nowelach ten wielki pisarz? Jako literat, od dobrych paru lat, swoje wiersze i nowele (które piszę i po rosyjsku, i po polsku) podpisuję niekiedy pseudonimem: Borys Rudeńki. U Gogola był Rudyj, a ja Rudeńki - może jakieś pokrewieństwo?...

Coś z tych czasów powstania „DK” przypadkowo może przypomniałem sobie niedokładnie. Przecież pamięć - jak prochy... Ale niech już za nieścisłości odpowiada nie Borys Szewczenko, pierwszy redaktor naczelny „DK”(1991-1992), lecz Borys Rudeńki, lub Olena Rudeńka, lub Brian Nesh (wszystko to moje pseudonimy od wielu lat), które ostatnio piszą coraz smutniejsze wiersze.

Borys SZEWCZENKO

Powyższy artykuł, z nie swoistym Jemu minorowym zakończeniem, napisał 18 lat temu do jubileuszowego setnego numeru naszego pisma człowiek o niezwykłym wigorze i wszechstronnym talencie.

Tegoroczny wrzesień stał się ostatnim miesiącem w Jego burzliwym, pełnym fantastycznych wzlotów i niebagatelnych trosk, życiu.

Odszedł publicysta, literat, ekonomista-cybernetyk, tłumacz, autor niezliczonych projektów, prac naukowych, esejów i noweli, lirycznych wierszy, żartobliwych fraszek, pierwszy redaktor naczelny odrodzonego „Dziennika Kijowskiego” Borys Szewczenko.

Nie umiera Ten, kto trwa w pamięci żywych.

Dziennik Kijowski