Dziś: czwartek,
24 maja 2018 roku.
Przegląd do nr 567 – maj 2018 r.
Przeczytaj
Noc na granicy
Autobus

Świat widziany przez Internet w jakimś stopniu jednak odbiega od rzeczywistości. Widzimy w Internecie przede wszystkim to co chcielibyśmy widzieć. Nie jest to zwykła fizyka – światło, obraz, oko, wyobraźnia. Tu nie ma tego łańcuszka. Jest tylko oko, tekst i wyobraźnia. Przekonałem się o tym na bazie autobusowej wyprawy do Polski.

 Początek jak zwykle w Internecie. Kilka pytań do pana Gugla i od razu jest odpowiedź – najszybszym, najtańszym i najwygodniejszym połączeniem z Kijowa do Warszawy jest AUTOBUS.

Koszt to okolice 600 hrywien, czas to około 14-15 godzin. Czas wyjazdu – koniec roboczego dnia w Kijowie – przyjazd początek roboczego dnia w Warszawie. Siedzenia lotnicze, więc można trochę podrzemać. Owszem dojedziesz trochę zmęczony, ale i w pociągu, w wagonie sypialnym, nie wyśpisz się najlepiej. Samolot jest szybszy, ale tylko teoretycznie bo jeśli doliczyć czas dojazdu do lotniska plus wymagane ze względów bezpieczeństwa minimum dwie godziny przed odlotem, sam lot, plus dojazd z lotniska do miejsca przeznaczenia to nie będzie też zbyt mało. Plus bieganina, często w nerwach, plus zawsze działające na psychikę – zmęczenie lotem, nieco inne niż zmęczenie podróżą naziemnymi środkami transportu. No i cena również ma spore znaczenie. Samolot jest zdecydowanie droższy.

Kiedy autobus ruszył w stronę Warszawy było już ciemno, padał deszcz, listopadowy dzień chłodny, mokry, wietrzny nastrajał do snu. Przebijaliśmy się przez korki, kończącego dzień pracy Kijowa, ponad godzinę. Wreszcie trasa wylotowa i wygodna, dobrze oznakowana szosa żytomierska. Potem przystanki w Żytomierzu, Równem, Łucku zapewniły komplet pasażerów. 52 osoby plus dwóch ukraińskich kierowców.

Kiedy sprawdzałem rozkład jazdy był spory wybór. Prawie o jednej godzinie wyruszały autobusy jadące w różnych relacjach łącząc miasta obwodowe z Warszawą. Droga bez specjalnych przygód zakończyła się bezpośrednio przy samej granicy.

Dalej nie jedziemy. Postój. Włączone światła postojowe, wifi nie działa, silniki podtrzymują ogrzewanie i nic się więcej nie dzieje. Stoimy bez żadnych oznak zainteresowania ze strony straży granicznej czy celnej. Ot, po prostu czekamy. Szlaban zamknięty i to wszystko.  Dookoła ruch ciężarówek, od czasu do czasu sznur samochodów osobowych podjedzie o kilka metrów. A my w bezruchu – czekamy. Wreszcie, po dwóch godzinach podeszli ludzie ze straży granicznej i zebrali paszporty. Jeszcze godzina i przyszli by je rozdać. Wtedy się okazało, że wśród pasażerów jest tylko dwie osoby z polskimi paszportami. Pozostali to Ukraińcy.

Zaczęło do mnie dochodzić. Oficjalne dane mówią o ponad milionie obywateli ukraińskich pracujących w Polsce. O kilkudziesięciu tysiącach ukraińskich studentów na polskich uczelniach. Przecież tak ogromna ilość ludzi musi generować zwiększony ruch graniczny. Jeżdżą nie tyle ci, którzy w Polsce pracują, ale ci, których do Polski zaprosili ukraińscy pracownicy, koledzy studentów, rodziny pracowników jak również zwykli turyści. Ukraina, chcąc nie chcąc oddaje do pracy w Polsce ogromne rzesze swoich obywateli, których wychowała, wykarmiła, wykształciła a obecnie nie może zagospodarować. To ogromna pomoc dla polskiej gospodarki jak podkreślają polscy politycy. Wszyscy o tym mówią. A to właśnie tacy ludzie najczęściej podróżują autobusami. Autobusów jest dużo. Rynek usług transportowych działa. Konkurencja zobowiązuje. Ukraińcy kupują autobusy używane w Niemczech lub Turcji i po kosmetycznej renowacji zapuszczają w trasy. Tak więc jechać jest czym.

 Ale na razie przerwijmy to rozmyślanie, bowiem autobus wreszcie dojechał na polską stronę granicy. Zatrzymujemy się przed wjazdem dla autobusów. Właśnie przy wejściu do służby celnej gromadzi się spora ilość ludzi z bagażami. Przedział bagażowy w poprzedzającym nas autobusie został otwarty, pokrywy luku podniesione i podparte. Ludzie niezbyt zorganizowanym potokiem wchodzą powoli do pomieszczenia celników ciągnąc za sobą swoje bagaże. – Nas też to czeka? Czyżby sprawdzali wszystkich? Rozglądam się dookoła. Przed naszym autobusem w kolejce do wjazdu jeszcze dwa pełne pojazdy.

Wychodzę na przystanek, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i widzę, że za nami jeszcze pięć autobusów. Przez okna widać, że równolegle z nami stoi dodatkowa kolejka. Jeszcze cztery. Razem na granicy okazało się 12 autobusów. JEDNOCZEŚNIE!

Mija godzina. Nic się nie dzieje. Co prawda autobus na przystanku obok służby celnej zakończył procedury. Ludzie powoli wracają ze swoimi bagażami. W końcu autobus odjeżdża, ale tylko po to, aby zatrzymać się dwadzieścia metrów dalej. Na opuszczone przezeń miejsce wtacza się następny autobus z kolejki. Sceny te same. No ale jest jakiś ruch.

Do nas wchodzą żołnierze służby granicznej. Zabierają paszporty. Znów stoimy. Przeszło jeszcze półtorej godziny. Oddają nam paszporty, poprzedzający nas autobus odjeżdża i teraz my zajeżdżamy do punktu kontroli. Kierowcy, oni przecież bywają tu niemal codziennie, regulują proces. „Zabierajcie swoje bagaże przed „telewizor”.  Telewizorem nazwali aparaturę do prześwietlania bagażu. Przed wejściem wisi duży plakat informujący, że w związku z epidemią pomoru świń zabroniony jest wwóz do Polski mięsa i przetworów mięsnych.

I tu wyjaśnia się wszystko. Wielu podróżnych wzięło na drogę kanapki, kotlety i inne przetwory mięsne, nie mając pojęcia o epidemii. No i zaczyna się grzebanie w większości toreb w poszukiwaniu zabronionych towarów. Co dziwne. Nikt nie próbował przewozić alkoholu i papierosów. A zakąska była prawie w każdym bagażu. No i przy każdym był problem. Bo konfiskata to proste. Zabrano zakazany produkt i wrzucono do kosza. Ale to nie tylko to. Każdy przypadek przemytu trzeba zapisać, pobrać ustaloną w taryfie karę, wnieść dane do czarnej księgi przemytników. To trwa.

Noc a właściwie to już nad ranem. Wszyscy zmęczeni do granic możliwości. Polscy celnicy również. Protokoły o przemycie piszą tylko na dwie osoby, które przewoziły dwa czy trzy kilogramy słoniny. Kara administracyjna dla dwóch osób przemienia się w karę zbiorową dla pięćdziesięciu. Nie wypuszczają pasażerów dopóki nie zakończą procedur. Więc czekamy. Nasz autobus, podobnie jak jeden z poprzednich stoi na bocznym placyku odsiadując karę zbiorową. Kierowcy, buntowani przez pasażerów podjeżdżają do bramy wyjazdowej. Jakiś czas tam stoimy.

Ale odsiadka – to odsiadka. Ostatni przemytnik z protokołem i zapłaconą grzywną (200 zł) powinien wyjechać razem ze wszystkimi pasażerami z terenu przejścia granicznego. Inaczej nie wypuszczą. (Kiedy jechałem w ubiegłym roku, nie udało się ustalić do kogo należy torba z dużą ilością papierosów i kosztowało to wszystkich pasażerów 8 godzin dodatkowego czekania na granicy, dopóki przewoźnik nie przelał pieniędzy na zapłacenie kary).

Łącznie od wjazdu na teren granicy w Jagodzinie do wyjazdu z tejże granicy w Dorohusku minęło 12 i pół godziny.

 Jedziemy po równiutkiej, wychwalanej przez Ukraińców polskiej drodze do Chełma a mnie zaczynają męczyć pytania. I jest ich coraz więcej.

Jeśli Polska korzysta z pracy Ukraińców to czy naprawdę jej nie stać, aby postawić choćby drugi „telewizor”? Jeśli oczywiście istnieje konieczność drobiazgowej kontroli indywidualnej. Dalej.  Przecież każda linia autobusowa ma wyznaczony czas „dostępu do granicy”, dlaczego więc jednocześnie pojawia się tam 12 rejsowych (!) autobusów?

Procedura sprawdzania to 30-40 minut. Znaczy – minimum, 6 godzin roboty! A w rozkładzie jazdy jest na granicę 3 godziny. I jeszcze ta zasada odpowiedzialności zbiorowej. Przemycający powinien zostać na granicy do wyjaśnienia wszystkich spraw a praktyka brania pasażerów jak zakładników, powinna pozostać w dalekich, na szczęście minionych czasach.

I w końcu najważniejsze – czy prawa człowieka do godności nie są naruszane przez polskie służby graniczne i to nie w wyniku zachowania się konkretnych osób, bowiem tu nie ma zastrzeżeń, a w wyniku stawiania się do procesu przekraczania granicy, osób odpowiedzialnych za organizację odpraw? A przecież wystarczy popatrzeć na to co się dzieje i na zegarek!

Jacek ŚWIDERSKI

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України