Dziś: czwartek,
24 września 2020 roku.
Przegląd do nr 624 – wrzesień 2020 r.
Rodacy
Koryfeusze nauki
POLACY ŚWIATU

110 lat temu, 13 kwietnia 1909 r., urodził się Stanisław Ulam polski i amerykański (obywatelstwo amerykańskie przyjął w 1943) matematyk, przedstawiciel lwowskiej szkoły matematycznej, współtwórca amerykańskiej bomby termojądrowej, miał swój udział w wysłaniu człowieka na Księżyc.

Pochodził z dość zamożnej rodziny lwowskiej. Jego dziadek był architektem, który miał swój udział w budowie Politechniki Lwowskiej, ojciec z kolei był cenionym adwokatem. Już jako kilkuletnie dziecko zainteresował się astronomią. Niepospolite zdolności i zainteresowania przejawiał od początku. Jeszcze przed szkołą średnią samodzielnie odkrył sposób rozwiązywania równań kwadratowych, a szkole średniej intrygował go problem istnienia nieparzystych liczb doskonałych.Już w tym wieku potrafił dyskutować o teorii Alberta Einsteina.

Siedemnastoletni Stanisław Ulam wybrał się na cykl otwartych wykładów uniwersyteckich, gdzie po raz pierwszy zetknął się osobiście ze Stefanem Banachem – człowiekiem, który zostanie jego bliskim przyjacielem i odegra wielką rolę w jego życiu.

Geniusze w Kawiarni Szkockiej

Banach, Mazur, Orlicz, Nikliborc, Auerbach, Kac, Stożek, Steinhaus tworzyli wówczas niezwykle barwne środowisko genialnych matematyków, których różne koleje losu pchnęły do Lwowa. Chwile wolne od zajęć uniwersyteckich spędzali głównie w Kawiarni Szkockiej, gdzie w kłębach papierosowego dymu, hałasie muzyki, i przy kieliszkach koniaku, rozprawiali na tematy matematyczne.

To tam rodziły się przełomowe teorie, tam rozwiązywano najtrudniejsze problemy i formułowano nowe pytania. W takiej atmosferze powstał nowy język matematyki, który okazał się kluczowy dla współczesnych nam cybernetyczno-informatycznych czasów.

Anegdotyczną sytuacją było to, że język ten lwowscy naukowcy zapisywali początkowo na ceracie pokrywającej stolik – trudno więc oszacować, ile genialnych twierdzeń zniknęło pod ścierką kelnera każdego wieczora przecierającego blat.

Jeszcze w czasie studiów Ulam zdobył już taką renomę, że otrzymał zaproszenie na międzynarodowy kongres matematyczny do Zurychu, na którym wygłosił referat, wkrótce zaś potem otrzymał propozycję asystentury na Uniwersytecie Moskiewskim.

Pochłonięty pracą matematyczną od dwóch lat nie przystąpił do żadnego z obowiązkowych egzaminów, co tłumaczył „patologiczną awersją” do tego elementu studiów.

Ostatecznie Ulam złożył jednak stosowne egzaminy, a rozprawę magisterską napisał w ciągu jednej nocy i wkrótce po powrocie z Zurychu uzyskał tytuł magistra. Doktoryzował się zaledwie rok później.

Wykłady z Einsteinem

Był rok 1934, Ulam miał dwadzieścia pięć lat i musiał odpowiedzieć sobie na pytanie: co dalej? Pochodził z od dwóch stuleci zupełnie zasymilowanej, ale jednak żydowskiej rodziny, a osoby tej narodowości spotykały się z pewnymi ograniczeniami przy zdobywaniu etatów na polskich uczelniach. Z propozycji moskiewskiej nie chciał korzystać – choć akurat matematyka stała tam na bardzo wysokim poziomie. Ulam nie wyobrażał sobie jednak życia w kraju bolszewickim.

Robiąc użytek z zasobnego portfela swojego ojca, listy polecające od Steinhausa ruszył więc na podbój Zachodu. Zaczął od Wiednia, następnie odwiedził Zurych, stamtąd ruszył do Paryża, następnie do Anglii. W każdym z tych miejsc słuchał wykładów, sporadycznie sam też wykładał. Do Lwowa wrócił w roku 1935 i uświadomił sobie, że jego widoki na znalezienie tu pracy się nie zmieniły, a jeśli, to na gorsze.

Wtedy niespodziewanie otrzymał od Johna von Neumanna list z zaproszeniem do USA i ofertą posady na uniwersytecie w Princeton i trzysta dolarowym stypendium.

W Ameryce poznał Alberta Einsteina i chodził na jego wykłady, sam również nabierał wprawy jako wykładowca - miał tam jednak tylko stypendium. Uśmiechnęło się do niego jednak szczęście. Otrzymał propozycję trzyletniego kontraktu na Uniwersytecie Harvarda, z mieszkaniem i wyżywieniem w pakiecie.

Z Los Alamos na Księżyc

Niestety, kontrakt na Harvardzie się kończył, a on nie miał żadnych poważniejszych opcji przed sobą, i jednocześnie nie mógł przecież wrócić do pogrążającej się w wojnie Europy.

Przez pewien czas żył z oszczędności i dopiero pod koniec 1940 r. udało mu się znaleźć posadę na uniwersytecie w Madison. I wtedy właśnie po raz kolejny w życiu matematyka pojawił się von Neumann, który wciągnął go do prac nad bronią jądrową.

Jesienią 1943 r. Ulam wsiadł do pociągu jadącego w stronę jednego z najbardziej utajnionych miejsc na Ziemi – Los Alamos – w którego laboratoriach najtęższe umysły świata pracowały nad bombą atomową.

Próbny wybuch przeprowadzono 16 lipca 1945 r., a już 6 sierpnia bomba spadła na Hiroszimę, trzy dni później zaś kolejna wysadziła w powietrze Nagasaki.

„Kiedy dowiedziałem się o Hiroszimie i zobaczyłem fotografie zniszczeń, pierwszym uczuciem było zdziwienie. Nagle w moim mózgu dokonał się niezwykły skrót myślowy: cyfry wypisane białą kredą na czarnej tablicy i tuż potem miasto zmiecione z powierzchni ziemi” – opowiadał  z czasem, nigdy nie przyznając się do wyrzutów sumienia.

Chyba zresztą nie miał ich naprawdę, skoro nawet po kapitulacji Japonii pozostał w Los Alamos, by kontynuować prace nad jeszcze bardziej niszczycielską bombą wodorową. I to właśnie Ulam wpadł na rozwiązanie, które 1 listopada 1952 r. doprowadziło do pierwszej próbnej eksplozji superbomby na archipelagu Wysp Marshalla – była siedemset razy silniejsza niż wybuch w Hiroszimie.

Mimo, że z czasem opowiedział się za zaprzestaniem dalszych prac nad bombą wodorową o energii jądrowej jednak wciąż myślał, teraz jednak o tym, jak wykorzystać ją do lotów kosmicznych. Wchodził do kolejnych rządowych komisji poświęconych tym badaniom, aż w końcu, za prezydentury Johna Kennedy’ego, został członkiem prezydenckiego Naukowego Komitetu Doradczego, a także dowództwa Sił Zbrojnych USA. Podobno to on właśnie zasugerował doradcy Kennedy’ego, Jerry’emu Wiesnerowi, że prezydent powinien wesprzeć projekty lotów na Księżyc.

Prawdopodobnie wtedy też zainteresował się komputerami, a nawet napisał pierwszy komputerowy program szachowy, który potrafił ograć człowieka. W 1967 r. przyjął stanowisko dziekana na Uniwersytecie Kolorado – co prawdopodobnie sam uznał za niezły sposób na emeryturę. Polskę odwiedził dopiero w 1973 r. Zmarł niespodziewanie na atak serca.13 maja 1984 r.

jiw / skp /

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України