Dziś: poniedziałek,
21 czerwca 2021 roku.
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Archiwum 2015
Jubileusz
Nasz autor i przyjaciel na Dolnym Śląsku


23 września nasz długoletni autor z Wrocławia, pasjonat i działacz ruchu absolwentów Politechniki Kijowskiej w Polsce Janusz Fuksa skończył 80 lat. W znakomitej kondycji w przeddzień swego jubileuszu odwiedził Kijów, redakcję gazety Polaków Ukrainy, z którą współpracuje od lat. Chętnie zgodził się na ten wywiad
.

Borys Dragin: - Niedawno świętował Pan okrągłą rocznicę w Pana życiu. W związku z tym chciałbym zadać kilka pytań. Ukończył Pan Politechnikę Kijowską. Jak do tego doszło? Czy rodziców stać było na zagraniczne studia syna?

Janusz Fuksa: - W tych starych czasach, a był to rok 1954, państwo polskie wysyłało najlepszych abiturientów na studia zagraniczne, co oznaczało studia w Związku Radzieckim, Chinach, Czechosłowacji, Niemieckiej Republice Demokratycznej i na Węgrzech. Dyrektor szkoły w Świdnicy zaproponował mi w jedenastej klasie takie studia. Wybrałem Kraj Rad, bo po sześciu latach nauki nieźle, jak uważałem, znałem język rosyjski.

Po kursach we Wrocławiu i w Warszawie, po zdaniu dodatkowych egzaminów wyjechałem z grupą młodych ludzi do Moskwy, a stamtąd do Kijowa. Cieszyłem się, bo to i cieplej niż w Rosji, i moja mama pochodziła z Zaleszczyk, a ojciec wychował się na wsi pod Dynowem, gdzie przed wojną Polacy i Ukraińcy żyli w zgodzie, wzajemnie siebie odwiedzając podczas świąt.

I tak oto od 1 września 1954 r. stałem się studentem Kijowskiego Instytutu Politechnicznego (KPI). Studia opłacało państwo polskie, wypłacało też przez Konsulat w Kijowie stypendium, które było znacznie wyższe od stypendiów moich ukraińskich kolegów. Państwo żądało tylko jednego: dobrego przygotowania do zawodu inżynierskiego. Do przebywania na studiach zagranicznych upoważniały zdobyte na egzaminach sesyjnych stopnie bardzo dobre i dobre. Pamiętam, że kolegę, który na pierwszym roku otrzymał kilka ocen dostatecznych, odwołano z Kijowa. Kontynuował on studia w Politechnice Warszawskiej.

- To chyba trudno było sprostać tak wysokim wymaganiom na uczelni.

- Wszyscy polscy studenci tych lat mieli za sobą ukończenie z wyróżnieniem jedenastych klas w jednolitych szkołach ogólnokształcących, składających się z 7 klas podstawowych i 4 klas licealnych, byli więc nieźle przygotowani i mieli nawyki do nauki. Komplikowała zrozumienie wykładów słaba jednak na początku znajomość języka rosyjskiego, bo w tym języku słuchaliśmy wykładów, choć koledzy z Uniwersytetu Kijowskiego mieli zajęcia po ukraińsku. Pamiętam, że długo myliły mi się pojęcia параллельный (równoległy) i перпендикулярный (prostopadły). W ramach polskiego ziomkostwa studentów współzawodniczyliśmy na oceny egzaminacyjne: raz lepsza była grupa politechniczna, kiedy indziej grupa uniwersytecka. Średnie ocen rzadko schodziły poniżej 4,5. Wyniki ogłaszano na zebraniach studentów w polskim Konsulacie, a po zebraniach zwykle odbywały się potańcówki przy muzyce z magnetofonu.

- Po zapoznaniu się z niektórymi Pana artykułami o Ukrainie w Internecie domyślam się, że studia wykorzystał Pan nie tylko do nauki.

Tak, już w liceum interesowałem się krajoznawstwem i fotografią. Odbywaliśmy wiele wycieczek po Dolnym Śląsku. Wraz z kolegą we dwójkę na rowerach objechaliśmy Polskę w ciągu dwóch tygodni. W Kijowie dołączyłem do studentów pasjonatów turystyki. Prócz wielu wycieczek wokół Kijowa odbyliśmy dwie długotrwałe, bo prawie miesięczne, piesze wędrówki po Krymie od Symferopola do Jałty oraz przez Ural Północny od Iwdela i Połunocznego do Krasnowiszerska i Solikamska. To prawie ta sama trasa, na której 5 miesięcy po nas zimą zginęła na Uralu 9-osobowa grupa Diatłowa. Zamiłowanie do krajoznawstwa i fotografii zostało mi do dziś.

- Ale pięć lat studiów w Kijowie minęło. Co było dalej?

- Po obronie pracy dyplomowej i otrzymaniu dyplomu z wyróżnieniem Politechniki Kijowskiej zatrudniłem się na okres wakacji w Konsulacie Generalnym. Był rok 1959 i właśnie potrzebna była pomoc w prowadzeniu drugiej akcji przesiedleńczej Polaków z Ukrainy do kraju, którą zainicjował Władysław Gomułka. Pamiętam te pełne segregatory listów ludzi, którzy postanowili wyjechać do Polski, te sprawy majątkowe, które trzeba było rozwiązać. Sądzę, że w ówczesnej repatriacji jest i mój niewielki udział.

A we wrześniu byłem już w kraju. Jako inżynier mechanik znalazłem pracę konstruktora we Wrocławiu w fabryce produkującej ładowarki hydrauliczne dla budownictwa. Państwo zrezygnowało już wtedy z przydziałów pracy. Później pracowałem w fabryce ciężkich przyczep i naczep samochodowych. W podniesieniu kwalifikacji inżynierskich pomógł mi kurs rzeczników patentowych. W Politechnice Wrocławskiej eksternistycznie ukończyłem studia i obroniłem pracę doktorską.

Moje zainteresowania pozazawodowe rozwinął kurs przewodników turystycznych. Organizowałem wiele wycieczek autokarowych po Dolnym Śląsku i pieszych w polskich górach od Karkonoszy po Bieszczady, w tym 2-tygodniowe młodzieżowe obozy wędrowne.Dzięki obozowi turystycznemu KPI na Kaukazie udało mi się dwukrotnie wziąć udział w wędrówkach także w tych górach.

Z mojego zakładu zostałem delegowany do pracy w wydziale ekonomicznym Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Praca polegała przede wszystkim na wspieraniu rozwoju dolnośląskiego przemysłu.Dodam, że w tym czasie rozbudowywały się PAFAWAG, DOLMEL, ELWRO, HUTMEN, PZL-HYDRAL i inne wrocławskie przedsiębiorstwa. W latach 70. i 80. zatrudnienie w przemyśle województwa wrocławskiego wzrosło o 20%, produkcja sprzedana (w cenach stałych) ponad 2-krotnie, zaś wartość produkcyjnych środków trwałych powiększyła się prawie 3 razy.

Dziś nie ma już obydwu zakładów, w których pracowałem, nie ma ELWRO, a z czterech wymienionych czołowych zakładów Wrocławia pozostały niewielkie prywatne przedsiębiorstwa, zatrudniające na ogół 10-krotnie mniej pracowników. Dobrze, że państwo nie wyzbyło się w pełni akcji Kombinatu Górniczo-Hutniczego Miedzi, dzięki czemu stał się on jednym z czołowych producentów miedzi na świecie.

- Ale nastąpiła w Polsce zmiana ustroju. Jak znalazł się Pan w nowej sytuacji?

- Moje wieloletnie przyjazne kontakty z Politechniką Kijowską i z Ukrainą przyczyniły się do tego, że przy Stowarzyszeniu Współpracy Polska-Wschód we Wrocławiu zorganizowaliśmy w 1990 r. spółkę, która zajęła się marketingiem na rzecz dolnośląskich przedsiębiorstw na Ukrainie i w Rosji.

Organizowaliśmy wystawy wyrobów przemysłowych w Kijowie, Moskwie, wyjazdy misji gospodarczych do Moskwy, Petersburga, Kaliningradu, Kijowa i na Krym. Tłumaczyłem teksty techniczne i ekonomiczne. Wówczas, w latach 90., prowadziłem też działalność charytatywną: woziliśmy dary do Kijowa dla środowiska polskiego, przyjmowaliśmy podczas wakacji we Wrocławiu polskie dzieci z Kijowa. Pracą marketingową zajmowałem się też po przejściu na emeryturę, ale teraz mogłem już więcej czasu poświęcić działalności społecznej w organizacjach, w których się angażuję.

- Domyślam się, że wymieni Pan przede wszystkim waszą organizację absolwencką.

- Tak. Od 1974 r., co cztery lata, koledzy wybierają mnie przewodniczącym Sekcji Wychowanków Politechniki Kijowskiej, która stara się utrzymywać bliskie kontakty z macierzystą uczelnią i pomiędzy jej absolwentami. Niedawno świętowaliśmy 90-lecie naszej organizacji w Polsce i 50-lecie działalności przy Naczelnej Organizacji Technicznej. Corocznie w maju spotykamy się na seminariach na temat polsko-ukraińskiej współpracy gospodarczej. Nasza delegacja corocznie uczestniczy w inauguracji roku nauki w KPI. Wydaliśmy już 30 broszur z cyklu „Wspomnienia z Kijowa”. W Internecie prowadzimy witrynę.

Rada Naukowa NTUU KPI doceniła 40 lat mojego zaangażowania w sprawy uczelni, nadając w 2014 r. tytuł doktora honoris causa uniwersytetu technicznego.

- Tak, wiemy o tym, pisaliśmy. Szeroko informowała też kijowska Krynica. Ale działa Pan także w innych organizacjach, które deklarują bliskie stosunki z Ukrainą.

- Są to przede wszystkim Stowarzyszenie Współpracy Polska-Wschód i Społeczne Towarzystwo Polska-Ukraina. W organizacjach tych od lat pełnię różne funkcje na szczeblu wojewódzkim i krajowym. Są też Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze oraz Związek Weteranów i Rezerwistów Wojska Polskiego, gdzie również pełnię funkcje społeczne. We wszystkich tych organizacjach propaguję współpracę z Ukrainą, przyjazne stosunki między naszymi narodami.

Służą temu wystawy, prelekcje i artykuły, dostępne także w Internecie. Cieszę się, że w Kijowie wspiera mnie w tych działaniach „Dziennik Kijowski”, który czytam od lat 90-tych. Sugeruję odcięcie się od tragicznych wydarzeń przeszłości, będących skutkiem nacjonalizmu, który i teraz stara się zawładnąć umysłami młodych ludzi z obydwu narodów. Rozgraniczam przy tym nacjonalizm, ideologię dyskryminującą inne narody, i patriotyzm, który łączy miłość ojczyzny z szacunkiem dla innych narodów.

- Na koniec pytanie o sprawy rodzinne…

- Mam żonę Larysę, która urodziła się w Łubnach obwodu połtawskiego i całe zawodowe życie przepracowała jako uczelniany wykładowca języka rosyjskiego. Córka Iwona, ukończywszy Uniwersytet Wrocławski, zatrudniła się w firmie komputerowej. Dwaj wnukowie Paweł i Piotr chodzą do szkoły.

- Dziękuję za te wysoce osobiste zwierzenia. Pozwolą one na lepsze poznanie Pana, jako człowieka, który ponad pół wieku poświęcił dobremu sąsiedztwu Polski i Ukrainy. Serdecznie gratulujemy z okazji jubileuszu. Wszystkiego najlepszego!

Rozmawiał Borys DRAGIN

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України