Dziś: piątek,
24 września 2021 roku.
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Historia
Tak było
WRZEŚNIOWE REFLEKSJE


Elżbieta Zahorska na zdjęciu wykonanym przez Niemców po tym jak została wzięta do niewoli we wrześniu 1939 roku

Studentka Uniwersytetu Warszawskiego Elżbieta Zahorska była prekursorką małego sabotażu w okupowanej Warszawie. Za opór i zrywanie niemieckich plakatów propagandowych zapłaciła najwyższą cenę. Była pierwszą osobą, która poniosła śmierć w egzekucji podczas okupacji niemieckiej Polski w czasie II wojny światowej.

Kopyta w szaleńczym pędzie uderzały o bruk. Koń galopował po torowisku, środkiem okratowanego korytarza. Jeździec pochylał się nisko, policzkiem dotykając naprężonej szyi wierzchowca. Wiatr rozwiewał końską grzywę, plącząc ją z długimi, jasnymi włosami dosiadającej wierzchowca dziewczyny. Raz za razem od okratowanej konstrukcji mostu odbijały się rykoszety. Niekiedy kule przedzierały się przez gęstą kratę tunelowej konstrukcji mostu Kierbedzia, świstając tuż przy głowie jeźdźca. Nie zważając na ostrzał popędzała rumaka wymykając się zasadzce. Pędziła w kierunku Rembertowa, wioząc rozkazy dostarczenia miastu amunicji. Był wrzesień 1939 roku. Zbombardowana Warszawa jeszcze się broniła. Dzielna łączniczka to Litka, czyli Elżbieta Zahorska.

Gdy wybuchła wojna Elżbieta miała 24 lata. Była wykwalifikowaną „Juzistką” czyli telegrafistką pracującą na aparacie „Juza”. Studiując polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, na który przeniosła się z Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, przeszła szkolenie w ramach Przysposobienia Wojskowego Kobiet. Nie miała wątpliwości kim jest, zatem w dniu wybuchu wojny zgłosiła się do wojska i założyła mundur polowy sanitariuszki. Ruszyła na pierwszą linię walki z eskadrami bombowymi Luftwaffe. Szybko zaczyna pełnić obowiązki telegrafistki, przecież ma do tego przygotowanie.

Wrześniowe niebo nad Warszawą przykryły ciężkie kłęby dymu wydobywające się z płonących budynków Śródmieścia. Nad miastem zawisły jeszcze cięższe bombowce Luftwaffe. Litka pełni dyżur w gmachu „Poczty i telegrafu”. Nadaje meldunki z bombardowanej Warszawy. Wokół niej wybuchają bomby. W pewnej chwili budynkiem zatrząsał potężna eksplozja. Z okien wypadły szyby. Siła wybuchu zniszczyła pomieszczenie, w którym stał obsługiwany przez dziewczynę telegraf. Spojrzała na ulicę. Wszędzie chaos, rozrzucone elementy wyposażenia pobliskich, zbombardowanych budynków, ludzie biegają bez ładu, nikt nad nimi nie panuje. Wojna w jej najkoszmarniejszym wydaniu, cierpią cywile. Elżbieta patrzy przez chwilę na zniszczony telegraf i w jednej chwili podejmuje decyzję – ktoś tych ludzi musi bronić.

Wbiega na dach budynku poczty i biegnie w kierunku zainstalowanego tam przeciwlotniczego karabinu maszynowego tzw. Zenitówki. Pomagając w jego obsłudze, zaczyna nierówną walkę z nadciągającym lotnictwem wroga, szyjąc do nich z rozgrzanych luf karabinu. Obraz młodej, jasnowłosej dziewczyny, z rozwianymi włosami (nie miała zwyczaju ich spinać) obsługującej ciężki karabin maszynowy na dachu budynku poczty, wśród wybuchających bomb i ryczących silników wrogich samolotów, na długo zapisał się w pamięci mieszkańców. Ale to nie jedyny obraz, który warszawiacy zapamiętali z tamtych dni. Opowiadano jeszcze inne historie o dzielnej blondynce w mundurze.

Sytuacja w mieście była dynamiczna. Od 6 września niebo nad Warszawą jest dla Niemców praktycznie otwarte. Broniące miasta polskie myśliwce z Brygady Pościgowej odchodzą za ewakuującymi się władzami centralnymi na wschód. Miastu potrzebna jest pomoc z zewnątrz. Wiadomo, że pomoc może jeszcze przyjść z Żyrardowa i Rembertowa. Tylko kto dostarczy rozkazy? Miasto walczy nie tylko z lotnictwem, ale także z nacierającymi już oddziałami Wehrmachtu…

Mieszkańcy Warszawy opowiadali o pięknej dziewczynie o złocistych, rozwianych włosach, która w polowym mundurze, ruszyła konno ulicami ostrzeliwanego miasta, by wywieźć z niego rozkazy i meldunki. Jej rajd przez ostrzeliwany most Kierbedzia, którym przedarła się na Pragę i dalej do Rembertowa, jest jednym z najbardziej bohaterskich epizodów września 1939 roku.

Niestety. Jej trud, podobnie jak setek obrońców Warszawy poszedł na marne. 28 września stolica skapitulowała. Elżbieta nie pogodziła się z tym faktem. Rwała się do walki. Najpierw jednak trzeba było podjąć próbę ocalenia tego, co jak wierzyła, jeszcze się przyda w najbliższych dniach – broni i amunicji. To czego nie udało się ukryć, postanowiła zniszczyć, by nie wpadło w ręce wroga. W zapale niszczycielskiej pracy nie zwróciła uwagi na nadciągające niemieckie patrole. Trafiła w ręce wroga. Niemcy zachwycili się jej urodą do tego stopnia, że postanowili uwiecznić ją na fotografii Widać na niej jej piękną, ale zaciętą twarz. Mimo, że właśnie dostała się do niewoli, nie fotografii nie widać strachu. Widać złość. To ta złość pomogła jej podjąć decyzję o ucieczce.

Strach paraliżuje, wola walki, siła charakteru, nienawiść do wroga.. to są cechy, dzięki którym szybko znalazła się na wolności uciekając oprawcom. Wysłano za nią list gończy. Elżbieta postanawia uciekać na Zachód. Jednak próba ucieczki z ewakuującym się Korpusem Dyplomatycznym nie powodzi się. Trzeba zostać i walczyć. Nawiązuje współpracę z konspiracją i dla niej wyszukuje i urywa w skrytkach ocalałą broń i amunicję. Tak szybko jak zaczęła się działalność konspiracyjna w zajętej przez wroga stolicy, tak szybko pojawiła się w niej zdrada. Elżbieta zostaje wydana Niemcom. Łapią ją na gorącym uczynku, gdy zajmuje się ukrywaniem broni. Jest przesłuchiwana. Niemcy próbują wymusić na niej ujawnienie miejsc ukrycia sprzętu. Nie ujawnia niczego. Ale też nie godzi się z sytuacją. Nawet gdy niemiecki sąd polowy skazuje ją na karę śmierci, twardo wierzy, że to nie jest koniec walki. Ma zostać rozstrzelana. Trafia do transportu, który wywozi ją za miasto, do Żyrardowa, gdzie jeszcze nie tak dawno bohatersko woziła konno meldunki.

Niemcy w oczekiwaniu na wykonanie wyroku zamykają ją w budynku tzw. szkoły policyjnej przy ul. Farbiarskiej. Elżbieta jak zamknięty w klatce lew krąży po celi analizując swoją sytuację. Wydaje się, że drugi raz nie uda się numer z ucieczką. Niemcy wiedzą, że jest do niej zdolna. Na pewno tym razem ją przypilnują. Jednak sytuacja w pierwszych tygodniach wojny była jeszcze mocno dynamiczna, nie wszyscy okrzepli w swoich rolach, nawet oprawcy, którzy nie dopełnili staranności i Elżbieta wykorzystując spryt wydostała się ze słabo pilnowanego prowizorycznego więzienia. Lwica znów była wolna. Jednak w mundurze polskiego żołnierza nie była zbyt bezpieczna w obcym mieście. Szybko znajduje pomoc, udzielają jej rodzice spotkanej w parku 12-letniej Irenki Ajeckiej, do których dziewczynka przyprowadziła żołnierkę. Nakarmiono ją i dano cywilne ubranie – sukienkę po starszej siostrze Ireny, której tożsamość przejmuje. Od teraz jest Zosią Ajecką. Irence zostawia w podziękowaniu pas wojskowy i odznakę wyborowego strzelca. Zahorska rusza na wschód.

Po kilku dniach dociera do Lublina. Tu postanawia przeczekać pierwsze dni okupacji, zebrać siły i nawiązać na nowo kontakty. Tylko, że Lublin jest za mały by ukryć uciekinierkę, za którą znów puszczono listy gończe. Zapada decyzja – powrót do domu. Tam są kontakty i tam jednak łatwiej się zgubić pogoni. Jednak Lublin od Warszawy dzieli 160 km. Elżbieta jeszcze raz kusi los. Wykorzystując swoją urodę i zuchwałość przekonuje niemieckich żołnierzy by podwieźli ją do stolicy wojskową ciężarówką. W drodze tak ich urabia, że ukrywają ją przed kontrolą własnej żandarmerii. Dzięki temu już po kilku godzinach dziewczyna bezpiecznie trafia do domu.

Rodzice zaczynają starania o wyrobienie jej fałszywych dokumentów i organizują jej ucieczkę za granicę. Litka stara się nie wychodzić z domu. Nawet ona ma świadomość, że limit szczęścia, jak na tak krótki czas, mógł już zostać wyczerpany. Jednak gdy dostrzega na murze niemiecki plakat propagandowy, a na nim wypalone, usiane trupami miasto i napis – „Anglio – to twoje dzieło!” gotuje się w niej krew. Wybiega na ulicę i z zapałem zaczyna zrywać plakaty. I znów nie zauważa niemieckiego patrolu, i znów trafia do niewoli. Tym razem na Pawiak. Tu zostaje rozpoznana i kolejny niemiecki sąd podtrzymuje wyrok – rozstrzelać.

Rodzice bezskutecznie próbują wywalczyć jej ułaskawienie. Niemcy są bezwzględni Elżbieta Zahorska zostanie rozstrzelana. Przysługuje jej jednak możliwość wyrażenia ostatniej woli. Dziewczyna poprosiła o ciastka i parę rękawiczek. Do więzienia dostarcza je ojciec, który widzi ją ostatni raz. Po tym widzeniu ojciec całą noc stał pod murem więzienia, modląc się o kolejny cud dla córki..

Wielki, ciężarowy samochód, jeden z tych, które później nazywaliśmy budami, z trudem przebijał się przez ulice. Co chwila musiał omijać głębokie leje i stosy gruzów zawalających jezdnię. Obok samochodu, na motocyklach jechali niemieccy żołnierze, uzbrojeni w karabiny i ręczne granaty. Widziałem ich posępne twarze: korowód grabarzy w szarych płaszczach i hełmach znaczonych swastyką – wspominał ks. Stanisław Tworkowski. - Wjechaliśmy na ul. Okopową. Był wczesny, listopadowy poranek. W budzie byłem ja, jako kapelan więzienny, milczący oficer o zimnym, bezbarwnym spojrzeniu, nieznana mi kobieta lat około trzydziestu, wieziona również na rozstrzelanie, i Zahorska.

Nigdy nie zapomnę twarzy tej dziewczyny o rysach kształtnych i zdecydowanych, ani spojrzenia jej dużych, niebieskich oczu. Ubrana w żołnierską bluzę, była zupełnie spokojna i nie zdradzała najmniejszego lęku czy niepokoju – wspominał dalej ksiądz. - W budzie panowało milczenie. Do uszu naszych dochodził jedynie warkot motorów. Nozdrza drażnił ostry zapach spalin.

- Proszę księdza kapelana - odezwała się nagle Elżbieta - szwabi gotowi są pomyśleć, że Polacy boją się śmierci... Jedziemy rzeczywiście jak na pogrzeb. Trzeba im pokazać, że nie lękamy się śmierci. Leutnant, oficerze - usiłowała mówić po niemiecku - wollen Sie, może chcesz poznać naszą pieśń pogrzebową? Posłuchaj!

Zanim Niemiec zdołał coś odpowiedzieć, Elżbieta zaśpiewała:

Umarł Maciek, umarł, i leży na desce, Żeby mu zagrali, podskoczyłby jeszcze, Bo w Mazurze taka dusza, Że choć umrze, to się rusza. Oj danaż moja dana, dana, dana, da!

Oficer tępo patrząc przed siebie, jeszcze bardziej zacisnął wąskie wargi. Dwaj żołnierze z podziwem spoglądali na dziewczynę, która kpiła z całej niemieckiej potęgi i ciskała najeźdźcy wyzwanie.

Kolumna dojechała do Fortu Bema. Żołnierze wyprowadzili skazane kobiety. Zahorska była całkowicie opanowana. Gdy ksiądz jeszcze uścisnął jej rękę wyszeptała mu:

- Śmierć nie jest taka straszna…

Pluton egzekucyjny stanął naprzeciwko drzewa, do którego prowadzono Zahorską. Wokół panowała cisza, przerywana szczękiem broni i ostrych, przerywanych komend. Elżbieta zatrzymała się nagle, stanęła na baczność. Jej oczy zajaśniały silnym płomieniem. Z wielką godnością i wyniosłością spojrzała w stronę Niemców kryjących się za lufami wycelowanych w nią karabinów. W ciszy poranka rozległ się silny, kobiecy głos: - Noch ist Polen nicht verloren!

(Jeszcze Polska nie zginęła) Elżbieta posłała precz żołnierza, który chciał zawiązać jej chustkę na oczach. Szybkim krokiem podeszła do drzewa i stanęła przed plutonem egzekucyjnym, patrząc oprawcom w oczy. Ksiądz Tworkowski uniósł rękę by pobłogosławić skazaną. Błysk szabli dającej komendę do wystrzału, był o ułamki sekund szybszy, od ruchu błogosławiącej Zahorską kapłańskiej ręki. Trzask salwy wybrzmiał w miejsce Amen.

Elżbieta Zahorska od tej chwili była już wolna.

Wojtek POKORA

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України