Wyprawa na zimową Bukowinę wymaga determinacji, cierpliwości i… dobrych kierowców. Na dwa busy właśnie mieliśmy takich z Warszawy, Krakowa, Lublina i Kielc. Górskie drogi są tu strome, wąskie i zdradliwe, a zimą potrafią zamienić się w lodowisko. Nawigacja kilkakrotnie prowadziła nas na trakty bardziej odpowiednie dla traktora niż dla busa. Holowaliśmy, odkopywaliśmy koła… Na przełęczy w drodze do Storożyńca lód był tak śliski, że nie sposób było ustać na nogach. Nie spotkaliśmy na drodze nikogo poza patrolem komisariatu wojskowego sprawdzającego, czy ktoś nie uchyla się od wojska…
Najlepiej przyjechać tu latem. My jednak – wolontariusze Poland Helps – jechaliśmy zimą, bo chcieliśmy dotrzeć do Dawidenów właśnie w okresie świątecznym, niosąc ze sobą choć odrobinę świątecznego ciepła. Przez cały rok pomagamy na wschodzie – prowadzimy huby humanitarne w Chersoniu i Charkowie, a na święta jednak udaliśmy się do swoich!
Około 360 kilometrów od polskiej granicy, wśród bukowińskich Karpat, leży wieś Dawideny. Nie prowadzi do niej asfaltowa droga, a codzienne życie w wielu domach przypomina bardziej skansen niż XXI wiek. Jest prąd, ale posiłki wciąż gotuje się na starych piecach opalanych drewnem, a wodę czerpie ze studni. Domy są rozrzucone daleko od siebie – wyprawa do sklepu, na pocztę czy do kościoła bywa kilkukilometrową wędrówką.
A jednak to właśnie tutaj, podobnie jak w kilkunastu innych wsiach Bukowiny, od przełomu XVIII i XIX wieku mieszkają Polacy. Przybyli po tym, jak region wyszedł spod panowania osmańskiego – ziem było dużo, ludzi mało, a każdy zagospodarowywał tyle, ile była w stanie uprawiać jego rodzina. Przez stulecia zmieniały się granice i władze: austriacka, rumuńska, radziecka, wreszcie ukraińska. Mimo to miejscowi Polacy zachowali język, tradycję i silną więź z Macierzą.
Fundacja Poland Helps zorganizowała wyprawę pomocową do Dawidenów, wybierając nie wieś „najbardziej polską”, lecz – można powiedzieć – najbardziej zapomnianą. Taką, do której nie docierają wolontariusze i niemal nie dociera pomoc. W wyborze miejsca pomógł red. Konstanty Czawaga, który odwiedził wszystkie polskie wsie Bukowiny – zarówno po stronie ukraińskiej, jak i rumuńskiej – i od lat pisze o losach tamtejszych Polaków. Jest to jedna z najmniejszych i najbardziej rozproszonych polskich wspólnot na Bukowinie
Przywieźliśmy polskie słodycze, by wnieść świąteczną radość, wsparcie dla osób starszych, samotnych i chorych, a także książki z historii i literatury polskiej – dla dzieci i dorosłych. Zostaną one u proboszcza, aby mogła z nich korzystać cała parafia.
„Ziarno zasiane z pomocą Bożą owocuje” – powiedział nam proboszcz, o. Roman. Dla wiernych trzech kościołów – dwóch drewnianych i jednego murowanego – jest kimś znacznie więcej niż tylko duszpasterzem. To organizator życia społecznego, edukator i psycholog. Zamierza rozwijać naukę języka polskiego, by młodzi nie zapomnieli mowy swoich przodków. Nie ma polskiej szkoły ani domu polskiego – ale jest nadzieja. Polszczyzna przetrwała tu głównie jako język sakralny: w modlitwach, Piśmie Świętym, w liturgii.
Odwiedziliśmy trzy kościoły, uczestniczyliśmy w Mszach Świętych i spotkaniach parafialnych, odwiedziliśmy też domostwa. Spotkaliśmy tych, którzy w czasach radzieckich bronili świątyń przed dewastacją – czasem dniami i nocami nie opuszczając kościoła, narażając się na ryzyko zwolnienia z pracy, innych prześladowań.
Pracy w tej okolicy za bardzo nie ma – obróbka drewna w tartaku, rolnictwo…. Dobrze jeśli ktoś w rodzinie pracuje w Unii i może zasilić rodzinny budżet walutą… Pomoc jest tu naprawdę potrzebna, choć mieszkańcy rzadko o nią proszą. Ten mały, zagubiony w górach światek bardzo kontrastuje ze znanym mi „wielkim światem”, w którym wszyscy potrzebują wszystkiego. Tutaj ludzie mówią, że „wszystkiego im wystarcza”, że nie mają na co narzekać. Dopiero spokojna rozmowa i konkretne pytania pozwalają zrozumieć rzeczywiste potrzeby. Staraliśmy się, by udzielona pomoc była konkretna i indywidualna, a nie przypadkowa. Już podczas odwiedzin rodzin i osób samotnych pojawiły się pomysły, jak niewielkim kosztem można istotnie poprawić jakość życia – mam nadzieję, że jeszcze tu wrócimy.
Nietypowe jak na XXI wiek, trudne warunki życia budują tu silne poczucie solidarności. Sąsiedzi pomagają sobie nawzajem – gdy ktoś jedzie na zakupy, przywozi je także innym. Jadąc do kościoła podbierają sąsiadów, ponieważ wędrówka może potrwać i godzinę. Schronienie znaleźli tu uchodźcy ze wschodniej Ukrainy, a jedna z nowych parafianek przeniosła się na stałe z codziennie bombardowanego Kijowa, szukając ciszy i bezpieczeństwa.
Obok Polaków mieszkają tu Ukraińcy, Rumuni i Romowie – prawosławni i grekokatolicy; gdzieś dalej także Lipowanie, czyli staroobrzędowcy. Wcześniej żyli tu również Żydzi. Ta barwna mozaika nie rodzi na Bukowinie konfliktów – wszyscy szanują się nawzajem i traktują różnorodność jako naturalny stan rzeczy. Mam nadzieję, że Polacy na Bukowinie będą mieszkać zawsze, a europejski kierunek, który wybrała Ukraina, pomoże im rozwijać się w swojej małej ojczyźnie, podtrzymując i pogłębiając więzi z Polską.
Wito Nadaszkiewicz,
wolontariusz, dyrektor Poland Helps









