Dziś: poniedziałek,
15 lipca 2024 roku.
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Aktualności
POWOŁANI DO BRATERSTWA- REGINA KUCZERENKO
KIEDYŚ LUBIŁAM SZYĆ LALKI MOTANKI, TERAZ SZYJĘ KIKIMORY

Pani Regina Kuczerenko jest człowiekiem o artystycznej duszy, ciekawej, barwnej osobowości i ogromnym sercu przepełnionym miłością oraz współczuciem. Należy do polskiego stowarzyszenia Spółka Białego Orła i dwa razy w tygodniu, a czasami nawet trzy, przez dziewięćdziesiąt minut uczy się języka polskiego. Chciałaby częściej i więcej, bo polską literaturę pokochała z całych sił, ale nie ma czasu na naukę, na przyjemności, na swoje hobby, na życie prywatne. Pani Regina na nic nie ma czasu, bo od dwóch lat całym jej światem jest wolontariat.

E.G.: Pani Regino, jak to się stało, że została Pani wolontariuszką?

R.K.: Dwa lata temu, gdy i do Kijowa przyszła wojna, koło mojego domu na Niwkach został zorganizowany ośrodek wolontariatu, w którym kobiety szyły kikimory dla snajperów. W Ukrainie wszyscy wiedzą, czym jest kikimora, to nie będę wyjaśniać. (To prawda, w Ukrainie wszyscy wiedzą, ale ponieważ Dziennik Kijowski jest czytany także poza granicami - krótkie wyjaśnienie: Kikimora to postać związana z ludowymi wierzeniam Słowian; współczesna ukraińska kikimora to  kurtka z kapturem z pociętych pasków materiału, snajperski kombinezon w kamuflażu - przyp. E.G.) Ludzie zjednoczyli się i chcieli zrobić coś dobrego i potrzebnego. Dołączyłam do nich. Nie mogłam tylko przyglądać się. Początkowo wykonywałam proste prace - pocięte paski z włókniny spunbond przywiązywałam do specjalnej siatki. I tak powstawały poszczególne części kikimory - tułów, rękawy, kaptur. Spunbond to tkanina lekka i wytrzymała. Nie wyciąga się i trudno ją rozerwać. Na kikimory jest idealna. (Spunbond to potoczna nazwa tkaniny wytwarzanej z polipropylenu – jednego z materiałów najczęściej wykorzystywanych w przetwórstwie tworzyw sztucznych- przyp. E.G.) Pomaleńku nabierałam wprawy i wtedy zaproponowano mi zszywanie na maszynie poszczególnych części, czyli tak naprawdę szycie całej kikimory. I do dziś je szyję. Moim zadaniem jest uszycie każdego dnia pięciu kikimor. Spunbond na kikimory kupujemy za pieniądze od darczyńców.

E.G.: Ile osób jest w grupie?

R.K.: Nasza wolontariacka grupa liczy od dwudziestu do trzydziestu osób i nazywa się KAMIZELKA. Początkowo były to kobiety tylko z Kijowa. Z biegiem czasu dołączyli do nas przesiedleńcy, uchodźcy z terenów okupowanych. Dużo o ludziach się nie wie, nie ma czasu na rozmowy - jest robota do wykonania.

E.G.: Co jeszcze szyjecie?

R.K.: Wszystko, co jest potrzebne: pokrowce na sprzęt wojskowy, plecaki, czapki...

Szyjemy też i to w dużych ilościach bieliznę, spodnie, koszule, odzież adaptacyjną, czyli dostosowaną do potrzeb osób z niepełnosprawnością, konkretnie rannych żołnierzy.

Szyjemy poduszki pod ręce, nogi. To są poduszki dla rannych leżących, często po amputacjach. Chodzi o to, żeby zminimalizowac ból, dyskomfort, zapewnić jakieś minimum w zakresie wygody. Sytuacja tych ludzi jest bardzo trudna, poduszka ich nie uszczęśliwi, ale trochę może pomóc.

E. G.: Wiem, że Pani praca wolontariacka to szycie, a także odwiedziny rannych i często samotnych, bo przebywających daleko od rodzin, żołnierzy, trudne z nimi rozmowy i jeszcze trudniejsze trwanie w milczeniu.

R.K.: Szycie zajmuje mi kilka godzin każdego dnia, zazwyczaj pięć. Pracujemy, ile trzeba, także w soboty. W pewnym momencie zaczęłam też jeździć do szpitali, do żołnierzy. Ja, jeszcze dwie kobiety, no i mój mąż, jako kierowca, zaczęliśmy zawozić ubrania na zmianę, lekarstwa, pampersy, słodycze, owoce... To samo jakoś się stało, wynikło z potrzeby. Jedna działalność pociąga za sobą kolejną i tak wciągam się w to pomaganie.

E.G.: Do których szpitali jeździcie?

R.K.: Różnie, np. do szpitala w Irpieniu. To jest bardzo duży szpital i tyle nieszczęścia tam zobaczyłam, tylu ludzi po amputacjach. Gdy przychodzę do nich, to mówię, że Kijów o nich pamięta i ich odwiedza. Całuję ich po rękach, jeśli...mają ręce i dziękuję bez końca. Oni też całują moje ręce i nic nie mówią. W dzień  milczą, a w nocy płaczą. Mnie tam już znają i mają do mnie zaufanie. Wiedzą, że nie przyniosę wódki, czy niedozwolonych środków. Chodzę też do szpitala miejskiego numer 18, koło cerkwi wołodymyrskiej.

E.G.: Na front też dostarczacie pomoc.

R.K.: Na front wysyłamy paczki z odzieżą, produktami spożywczymi, naczyniami jednorazowymi, preparatami przeciw komarom. Wysyłamy środki czystości, szampony, no nie zliczysz wszystkiego. Zimą robimy na drutach skarpety, kamizelki (stąd nazwa grupy), ciepłe koce, poduszki do czołgów. Wysyłamy wszystko, co możemy, o co proszą. Poprosili o podkoszulki bawełniane, nie miałam, to pojechałam do różnych second handów i kupiłam za nieduże pieniądze. Teraz na przykład dziewczynki, które uczą się na snajperów, poprosiły o kosmetyki, kremy. Ma pani pojęcie, dziewczyny uczą się na snajperów!!!

To już chyba świat się kończy.

E.G.: Skąd bierzecie na to środki?

R.K.: Wszystko robimy własnym kosztem, za własne pieniądze, przy pomocy innych wolontariuszy. Wspierają nas też dobrzy, szlachetni i rozumni ludzie, przykładowo, do biblioteki, w której mamy lekcje języka polskiego, przynoszą mi tkaniny bawełniane, z których szyjemy bieliznę.

E.G.: Pamiętam,że jesienią po niedzielnej  lekcji wspólnie wybraliśmy się do Muzeum Skarbów Duchowych Ukrainy, a Pani niosła ciężkie i wielkie torby. Dobrze, że byli mężczyźni, którzy pomogli. To były tkaniny bawełniane.

R.K.:  Kolor i wzór nie mają znaczenia, ale musi to być bawełna. Oni walczą, znoszą niewygody, to i ja mogę iść z ciężkimi siatkami do muzeum, nic nie szkodzi. A muzeum, sztukę bardzo lubię. Popatrzyłam na te piękne obrazy i trochę oderwałam się od niewesołej rzeczywistości.

E.G.: Pani o tym nie mówi, ale ja wiem, że została Pani za pracę wolontariacką odznaczona przez Zbrojne Siły Ukrainy.

R.K.: A tak, dostałam medal: "Wolontariusz Ukrainy". To bardzo miłe i zaszczytne wyróżnienie, ale ja nie dla medali pomagam.

E.G.: No właśnie, dlaczego Pani pomaga, dlaczego Pani to robi?

R. K.: Dla ZWYCIĘSTWA. Jakoś identyfikuję się z walczącymi. Nie walczę z bronią w ręku, nie jestem żołnierzem, to chociaż pomagam, bo bardzo chcę, żeby ta wojna już się skończyła, oczywiście naszym zwycięstwem. Muszę pomagać, bo nie wyobrażam sobie, że można stać obok tej całej wojny i tylko czekać aż się skończy.

E.G.: Pani Regino, co Panią interesuje, co Pani lubi?

R.K.: Przed wojną dużo pracowałam jako przedsiębiorca, teraz też oczywiście pracuję. Przed pełnoskalową wojną w wolnym czasie lubiłam podróżować, poznawać świat i ludzi, lubiłam szyć lalki motanki, wyszywać krzyżykami obrazy i czytać, czytać, czytać...

Teraz szyję kikimory.

E.G.: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ewa Gocłowska(ORPEG) Kijów

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України