Dziś wtorek, 21.04.2026
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Dziennik Kijowski

Czasopismo tradycyjnie poświęcane jest życiu organizacji polonijnych, ważniejszym wydarzeniom politycznym w Polsce i na Ukrainie, wspólnym Polsce i Ukrainie aktualnym zagadnieniom, problematyce religijnej, historii Polski.

Dziennik Kijowski

Pamiętamy… i będziemy pamiętać…

Dziś mija druga rocznica śmierci – redaktora naczelnego gazety „Dziennik Kijowski” -Człowieka znanego i poważanego nie tylko w Ukrainie – wielkiego patrioty, orędownika wolności i pokoju, oddanego społecznika, strażnika polskiego słowa, kultury i tożsamości. Człowieka, który swoją postawą, pracą i sercem pozostawił trwały ślad w życiu wielu ludzi. Jego słowa, czyny i wartości wciąż są obecne – w naszych myślach, decyzjach i codziennych działaniach. Był dla wielu z nas autorytetem, inspiracją i przykładem niezłomności, a pamięć o Nim nie przemija. Niech to, co po sobie pozostawił, trwa i rozwija się w kolejnych pokoleniach – jako świadectwo wierności ideałom, miłości do Ojczyzny i troski o drugiego człowieka.

Z okazji drugiej rocznicy śmierci wieloletniego redaktora naczelnego „Dziennika Kijowskiego”, Stanisława Panteluka, powracamy pamięcią do jego działalności i zaangażowania na rzecz środowiska polskiego w Ukrainie. W archiwach udało nam się odnaleźć wywiad przeprowadzony z nim w 2019 roku przez jednego z członków Polskiej Wspólnoty Kulturalno-Oświatowej „Koralik”. Rozmowę tę – jako ważne świadectwo jego myśli, doświadczeń i spojrzenia – przedstawiamy poniżej.

– Powróćmy do początków pana drogi zawodowej. Urodził się Pan w Semipałatyńsku w Kazachstanie, dokąd zostali wywiezieni pańscy rodzice. Wydaje się, że w tamtym czasie nie miał Pan silnego związku z polskością. Co sprawiło, że zdecydował się pan związać swoje życie z językiem i kulturą polską?

– Kazachstan był miejscem przesiedleń Polaków, więc moi rodzice mieli tam kontakt z polskim środowiskiem, choć ja sam spędziłem tam tylko kilka miesięcy – wkrótce wróciliśmy na zachodnią Ukrainę. Związek z Polską wynikał jednak od początku z domu rodzinnego – po linii babci jestem z rodziny Sokołowskich, a język polski słyszałem od dzieciństwa. Później, już jako obywatel Związku Radzieckiego, nie miałem z nim bezpośredniego kontaktu, ale interesowałem się kulturą i prasą polską.

Podczas służby wojskowej w Moskwie czytałem polskie gazety, co skłoniło mnie do podjęcia studiów filologii słowiańskiej w Wilnie. Już na drugim roku zacząłem pracować jako przewodnik, a następnie tłumacz – najpierw w Wilnie, później również w Moskwie. Z czasem turystyka całkowicie mnie pochłonęła i związałem się z firmami „Sputnik” i „Inturist”.

Przez 15–20 lat podróżowałem po całym Związku Radzieckim, mając codzienny kontakt z językiem polskim dzięki turystom z Polski. Były to bardzo różnorodne grupy – od lekarzy po specjalistów z różnych dziedzin – a same wyjazdy stały się dla mnie swego rodzaju drugim uniwersytetem. Zimą, gdy ruch turystyczny zamierał, pracowałem jako tłumacz w instytucjach rządowych, głównie w Kijowie, gdzie ostatecznie się osiedliłem.

Jeśli chodzi o ważne spotkania, trudno wyróżnić jedną osobę – miałem okazję uczestniczyć w rozmowach z premierami i prezydentami, począwszy od Gierka. Z bardziej znaczących momentów zapadła mi w pamięć wizyta Lecha Wałęsy w Kijowie i Lwowie. Jedna z kobiet zapytała go wtedy o możliwość swobodnego przyjazdu do Lwowa, na co odpowiedział, że być może za kilka lat nie będzie już granic między krajami. To tylko część wspomnień – wiele z nich dotyczy osób publicznych, dlatego wolę na razie ich nie ujawniać.

– Jak Pan uważa, co ta kariera w tym zawodzie dała oprócz zarobku?

– Zarobek był istotny przede wszystkim wtedy, gdy pracowałem w „Sputniku”. Stypendium wynosiło około 30 rubli, a dodatkowo można było dorobić – praca była opłacana, zapewnione było też bezpłatne wyżywienie, co dla studenta miało duże znaczenie. Później pieniądze nie były już najważniejsze. Wynagrodzenie w „Inturiście” było raczej średnie, ale byliśmy na utrzymaniu firmy – mieliśmy zapewnione wyżywienie i zakwaterowanie. Dysponowaliśmy książką czekową, obracaliśmy dużymi kwotami, co wymagało dużej odpowiedzialności.

Najważniejsze było jednak to, że mogłem zobaczyć ogromną część świata – coś, co jako turysta byłoby praktycznie nieosiągalne. Dzięki pracy z różnymi grupami turystów miałem możliwość poznawania nowych miejsc i ludzi. Oczywiście zdarzały się też trudniejsze momenty – długie wyjazdy, na przykład do Azji Centralnej czy na Syberię, często w krótkich odstępach czasu. To bywało męczące, choć dla Europejczyka wciąż było czymś wyjątkowym. Z natury lubię podróże i zmiany, dlatego siedzenie zimą w biurze było dla mnie trudne. Najważniejsze było dla mnie poznawanie świata i kontakt z ludźmi. Jestem szczęśliwy, że znalazłem pracę, którą lubię – bo to kluczowe.

– Z tłumacza rządowego do dziennikarstwa skierowanego przede wszystkim do ukraińskich Polaków. Czym dla pana jest obecny zawód?

– Dziennikarstwo było równoległe, ponieważ już w Wilnie publikowałem – wiersze, opowiadania, felietony. Byłem prezesem kółka literackiego, tworzyliśmy teksty, relacje, opowiadania. Te formy są sobie bardzo bliskie. Kiedy osiadłem w Kijowie, dowiedziałem się, że zaczyna się odrodzenie polskości. Uznałem, że warto się w to zaangażować, choć czasu było niewiele. Wykładałem też na pierwszych miejskich kursach językowych w centrum Kijowa.

Dowiedziałem się, że najbardziej kompetentną osobą jest pan Stanisław Szałacki. Udało mi się do niego dotrzeć i już podczas pierwszego spotkania zaproponował mi funkcję redaktora oraz stworzenie gazety. To była zupełnie niespodziewana sytuacja – i tak rzeczywiście zostałem redaktorem. Początkowo planowano, aby redakcja powstała w Żytomierzu, jako największym ośrodku polskim, ale ostatecznie zdecydowano się na Kijów. Powstało kilka gazet dla różnych środowisk narodowych, które funkcjonowały jako dodatki do „Głosu Ukrainy”. W ten sposób wciągnęło mnie dziennikarstwo.

Wcześniej, w „Inturiście”, przechodziliśmy bardzo intensywne szkolenia – zarówno praktyczne, jak i teoretyczne, obejmujące m.in. socjologię i elementy dziennikarstwa. Później duże znaczenie miały kontakty międzynarodowe i współpraca z fundacjami wspierającymi media polonijne. Przez wiele lat uczestniczyliśmy w wyjazdach do Polski razem z dziennikarzami z różnych krajów – poznawaliśmy regiony, spotykaliśmy się z przedstawicielami lokalnych środowisk i instytucji. To była ogromna wartość praktyczna – coś, czego nie daje sama edukacja. Często powtarzam, że większość dziennikarzy polonijnych nie ma wykształcenia kierunkowego – to ludzie z różnych środowisk, którzy zdobywali doświadczenie w praktyce.

– Oprócz naświetlania życia polskiego w Ukrainie prowadzi Pan także aktywną działalność społeczną, m.in. jako członek Zarządu Głównego Związku Polaków Ukrainy. Jak ocenia pan fundamenty dobrych stosunków polsko-ukraińskich?

– To może brzmi trochę patetycznie, ale dobre stosunki są oczywiście bardzo ważne. Moim credo jest, aby Polacy mieszkający w Ukrainie nie tracili kontaktu ze swoją praojczyzną, a jednocześnie byli przykładem dla otoczenia – w zachowaniu i podejściu do trudnych spraw. Chodzi o to, aby z umiarem i dystansem podchodzić do tematów pojawiających się między narodami – nie tylko polsko-ukraińskimi – oraz zachować tolerancję i spojrzenie z szerszej perspektywy, bez fanatyzmu i narzucania jednej racji.

– W nawiązaniu do tej odpowiedzi proszę opowiedzieć o powstaniu i podpisaniu wspólnego apelu „Nie dajmy się skłócić”.

– Była to inicjatywa m.in. „Dziennika Kijowskiego” i „Kuriera Galicyjskiego”, związana z niepokojącymi wydarzeniami na cmentarzach – dewastacją grobów upamiętniających rzeź wołyńską. Moim zdaniem – i do dziś jestem o tym przekonany – była to próba skłócenia Polaków i Ukraińców oraz wywołania wzajemnej niechęci. Jako dziennikarze polonijni opublikowaliśmy apel, który spotkał się z pozytywnym odbiorem – zarówno w mediach, jak i w Internecie. Rzeczywiście, nie możemy się kłócić, zwłaszcza że zawsze znajdą się tacy, którzy tylko na to czekają. Jak mówi przysłowie: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

– Co dzieje się obecnie wśród polskich organizacji w Ukrainie?

– Istnieją dwie najważniejsze organizacje: Związek Polaków Ukrainy i Federacja Organizacji Polskich na Ukrainie. Od wielu lat podejmowane są próby zjednoczenia ruchu polskiego. Mają one zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Jedni obawiają się nadmiernej centralizacji, inni widzą w tym szansę na lepszą koordynację działań i silniejszą reprezentację. Jednolity głos – zarówno na forum ukraińskim, jak i polskim – jest odbierany poważniej.

– Historie tworzą ludzie – porozmawiajmy więc o nich. Kto mógłby wnieść największy wkład w konsolidację ruchu polskiego?

– Nazwisk nie podam, bo to zawsze budzi kontrowersje. Potrzebni są jednak ludzie wyważeni i umiarkowani. Nie jedna osoba, lecz grupa – pewne centrum koordynacyjne. Stąd pomysł powołania rady seniorów. Byłaby to ważna inicjatywa, skupiająca osoby doświadczone, które przeżyły wiele sytuacji – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Ich punkt widzenia byłby bardzo cenny.

– Kto mógłby zostać członkiem takiej rady?

– Już pani częściowo odpowiedziała na to pytanie. Prezesi raczej nie, bo są zajęci bieżącą pracą. Potrzebne jest spojrzenie z góry. Mogą to być ludzie kultury, dyplomaci, osoby niezwiązane bezpośrednio z organizacjami. Szczególną rolę mogą tu odgrywać dyplomaci, jako naturalni łącznicy w budowaniu i utrzymywaniu relacji między środowiskami.

– Czy młodzież to zaakceptuje?

– To zależy – młodzież może uznać, że starsi próbują narzucać swoje zdanie. Jeśli jednak decyzje będą sensowne i „jadalne” dla młodych, zostaną zaakceptowane; jeśli będą oderwane od rzeczywistości – nie. Jeśli chodzi o rozwój, potrzebne jest centrum biznesowo-kulturalne, choć jego stworzenie wiąże się z dużymi kosztami i najpewniej wymagałoby wsparcia finansowego ze strony polskiej.

– I ostatnie pytanie – w czym widzi Pan przyszłość ruchu polskiego w Ukrainie?

– Przyszłość to trudne pytanie. Zmienia się struktura uczestników ruchu polskiego oraz poziom wiedzy społeczeństwa ukraińskiego o Polsce. Coraz więcej osób wiąże się z Polską nie poprzez pochodzenie, lecz przez sympatię, pracę czy studia. To zupełnie nowy przekrój uczestników relacji polsko-ukraińskich. Ruch polski zmienia swój charakter – odmładza się, odchodzi od schematów i rozwija nowe formy działania. Myślę, że w najbliższych latach znaczną część jego uczestników będą stanowić osoby bez polskich korzeni, ale aktywnie zaangażowane. To będzie bardzo istotne zjawisko.

Kijów, 2019 rok.

POWIĄZANE POSTY

Nasi Partnerzy

Публікація виражає лише погляди автора(ів) і не може бути ототожнена з офіційною позицією Міністерства закордонних справ.
Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
 
Gazetę «Dziennik Kijowski» można prenumerować przez cały rok we wszystkich oddziałach komunikacji na Ukrainie

Najnowszy numer x