Dziś mija druga rocznica śmierci – redaktora naczelnego gazety „Dziennik Kijowski” -Człowieka znanego i poważanego nie tylko w Ukrainie – wielkiego patrioty, orędownika wolności i pokoju, oddanego społecznika, strażnika polskiego słowa, kultury i tożsamości. Człowieka, który swoją postawą, pracą i sercem pozostawił trwały ślad w życiu wielu ludzi. Jego słowa, czyny i wartości wciąż są obecne – w naszych myślach, decyzjach i codziennych działaniach. Był dla wielu z nas autorytetem, inspiracją i przykładem niezłomności, a pamięć o Nim nie przemija. Niech to, co po sobie pozostawił, trwa i rozwija się w kolejnych pokoleniach – jako świadectwo wierności ideałom, miłości do Ojczyzny i troski o drugiego człowieka.
Z okazji drugiej rocznicy śmierci wieloletniego redaktora naczelnego „Dziennika Kijowskiego”, Stanisława Panteluka, powracamy pamięcią do jego działalności i zaangażowania na rzecz środowiska polskiego w Ukrainie. W archiwach udało nam się odnaleźć wywiad przeprowadzony z nim w 2019 roku przez jednego z członków Polskiej Wspólnoty Kulturalno-Oświatowej „Koralik”. Rozmowę tę – jako ważne świadectwo jego myśli, doświadczeń i spojrzenia – przedstawiamy poniżej.
– Powróćmy do początków pana drogi zawodowej. Urodził się Pan w Semipałatyńsku w Kazachstanie, dokąd zostali wywiezieni pańscy rodzice. Wydaje się, że w tamtym czasie nie miał Pan silnego związku z polskością. Co sprawiło, że zdecydował się pan związać swoje życie z językiem i kulturą polską?
– Kazachstan był miejscem przesiedleń Polaków, więc moi rodzice mieli tam kontakt z polskim środowiskiem, choć ja sam spędziłem tam tylko kilka miesięcy – wkrótce wróciliśmy na zachodnią Ukrainę. Związek z Polską wynikał jednak od początku z domu rodzinnego – po linii babci jestem z rodziny Sokołowskich, a język polski słyszałem od dzieciństwa. Później, już jako obywatel Związku Radzieckiego, nie miałem z nim bezpośredniego kontaktu, ale interesowałem się kulturą i prasą polską.
Podczas służby wojskowej w Moskwie czytałem polskie gazety, co skłoniło mnie do podjęcia studiów filologii słowiańskiej w Wilnie. Już na drugim roku zacząłem pracować jako przewodnik, a następnie tłumacz – najpierw w Wilnie, później również w Moskwie. Z czasem turystyka całkowicie mnie pochłonęła i związałem się z firmami „Sputnik” i „Inturist”.
Przez 15–20 lat podróżowałem po całym Związku Radzieckim, mając codzienny kontakt z językiem polskim dzięki turystom z Polski. Były to bardzo różnorodne grupy – od lekarzy po specjalistów z różnych dziedzin – a same wyjazdy stały się dla mnie swego rodzaju drugim uniwersytetem. Zimą, gdy ruch turystyczny zamierał, pracowałem jako tłumacz w instytucjach rządowych, głównie w Kijowie, gdzie ostatecznie się osiedliłem.
Jeśli chodzi o ważne spotkania, trudno wyróżnić jedną osobę – miałem okazję uczestniczyć w rozmowach z premierami i prezydentami, począwszy od Gierka. Z bardziej znaczących momentów zapadła mi w pamięć wizyta Lecha Wałęsy w Kijowie i Lwowie. Jedna z kobiet zapytała go wtedy o możliwość swobodnego przyjazdu do Lwowa, na co odpowiedział, że być może za kilka lat nie będzie już granic między krajami. To tylko część wspomnień – wiele z nich dotyczy osób publicznych, dlatego wolę na razie ich nie ujawniać.
– Jak Pan uważa, co ta kariera w tym zawodzie dała oprócz zarobku?
– Zarobek był istotny przede wszystkim wtedy, gdy pracowałem w „Sputniku”. Stypendium wynosiło około 30 rubli, a dodatkowo można było dorobić – praca była opłacana, zapewnione było też bezpłatne wyżywienie, co dla studenta miało duże znaczenie. Później pieniądze nie były już najważniejsze. Wynagrodzenie w „Inturiście” było raczej średnie, ale byliśmy na utrzymaniu firmy – mieliśmy zapewnione wyżywienie i zakwaterowanie. Dysponowaliśmy książką czekową, obracaliśmy dużymi kwotami, co wymagało dużej odpowiedzialności.
Najważniejsze było jednak to, że mogłem zobaczyć ogromną część świata – coś, co jako turysta byłoby praktycznie nieosiągalne. Dzięki pracy z różnymi grupami turystów miałem możliwość poznawania nowych miejsc i ludzi. Oczywiście zdarzały się też trudniejsze momenty – długie wyjazdy, na przykład do Azji Centralnej czy na Syberię, często w krótkich odstępach czasu. To bywało męczące, choć dla Europejczyka wciąż było czymś wyjątkowym. Z natury lubię podróże i zmiany, dlatego siedzenie zimą w biurze było dla mnie trudne. Najważniejsze było dla mnie poznawanie świata i kontakt z ludźmi. Jestem szczęśliwy, że znalazłem pracę, którą lubię – bo to kluczowe.
– Z tłumacza rządowego do dziennikarstwa skierowanego przede wszystkim do ukraińskich Polaków. Czym dla pana jest obecny zawód?
– Dziennikarstwo było równoległe, ponieważ już w Wilnie publikowałem – wiersze, opowiadania, felietony. Byłem prezesem kółka literackiego, tworzyliśmy teksty, relacje, opowiadania. Te formy są sobie bardzo bliskie. Kiedy osiadłem w Kijowie, dowiedziałem się, że zaczyna się odrodzenie polskości. Uznałem, że warto się w to zaangażować, choć czasu było niewiele. Wykładałem też na pierwszych miejskich kursach językowych w centrum Kijowa.
Dowiedziałem się, że najbardziej kompetentną osobą jest pan Stanisław Szałacki. Udało mi się do niego dotrzeć i już podczas pierwszego spotkania zaproponował mi funkcję redaktora oraz stworzenie gazety. To była zupełnie niespodziewana sytuacja – i tak rzeczywiście zostałem redaktorem. Początkowo planowano, aby redakcja powstała w Żytomierzu, jako największym ośrodku polskim, ale ostatecznie zdecydowano się na Kijów. Powstało kilka gazet dla różnych środowisk narodowych, które funkcjonowały jako dodatki do „Głosu Ukrainy”. W ten sposób wciągnęło mnie dziennikarstwo.
Wcześniej, w „Inturiście”, przechodziliśmy bardzo intensywne szkolenia – zarówno praktyczne, jak i teoretyczne, obejmujące m.in. socjologię i elementy dziennikarstwa. Później duże znaczenie miały kontakty międzynarodowe i współpraca z fundacjami wspierającymi media polonijne. Przez wiele lat uczestniczyliśmy w wyjazdach do Polski razem z dziennikarzami z różnych krajów – poznawaliśmy regiony, spotykaliśmy się z przedstawicielami lokalnych środowisk i instytucji. To była ogromna wartość praktyczna – coś, czego nie daje sama edukacja. Często powtarzam, że większość dziennikarzy polonijnych nie ma wykształcenia kierunkowego – to ludzie z różnych środowisk, którzy zdobywali doświadczenie w praktyce.
– Oprócz naświetlania życia polskiego w Ukrainie prowadzi Pan także aktywną działalność społeczną, m.in. jako członek Zarządu Głównego Związku Polaków Ukrainy. Jak ocenia pan fundamenty dobrych stosunków polsko-ukraińskich?
– To może brzmi trochę patetycznie, ale dobre stosunki są oczywiście bardzo ważne. Moim credo jest, aby Polacy mieszkający w Ukrainie nie tracili kontaktu ze swoją praojczyzną, a jednocześnie byli przykładem dla otoczenia – w zachowaniu i podejściu do trudnych spraw. Chodzi o to, aby z umiarem i dystansem podchodzić do tematów pojawiających się między narodami – nie tylko polsko-ukraińskimi – oraz zachować tolerancję i spojrzenie z szerszej perspektywy, bez fanatyzmu i narzucania jednej racji.
– W nawiązaniu do tej odpowiedzi proszę opowiedzieć o powstaniu i podpisaniu wspólnego apelu „Nie dajmy się skłócić”.
– Była to inicjatywa m.in. „Dziennika Kijowskiego” i „Kuriera Galicyjskiego”, związana z niepokojącymi wydarzeniami na cmentarzach – dewastacją grobów upamiętniających rzeź wołyńską. Moim zdaniem – i do dziś jestem o tym przekonany – była to próba skłócenia Polaków i Ukraińców oraz wywołania wzajemnej niechęci. Jako dziennikarze polonijni opublikowaliśmy apel, który spotkał się z pozytywnym odbiorem – zarówno w mediach, jak i w Internecie. Rzeczywiście, nie możemy się kłócić, zwłaszcza że zawsze znajdą się tacy, którzy tylko na to czekają. Jak mówi przysłowie: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.
– Co dzieje się obecnie wśród polskich organizacji w Ukrainie?
– Istnieją dwie najważniejsze organizacje: Związek Polaków Ukrainy i Federacja Organizacji Polskich na Ukrainie. Od wielu lat podejmowane są próby zjednoczenia ruchu polskiego. Mają one zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Jedni obawiają się nadmiernej centralizacji, inni widzą w tym szansę na lepszą koordynację działań i silniejszą reprezentację. Jednolity głos – zarówno na forum ukraińskim, jak i polskim – jest odbierany poważniej.
– Historie tworzą ludzie – porozmawiajmy więc o nich. Kto mógłby wnieść największy wkład w konsolidację ruchu polskiego?
– Nazwisk nie podam, bo to zawsze budzi kontrowersje. Potrzebni są jednak ludzie wyważeni i umiarkowani. Nie jedna osoba, lecz grupa – pewne centrum koordynacyjne. Stąd pomysł powołania rady seniorów. Byłaby to ważna inicjatywa, skupiająca osoby doświadczone, które przeżyły wiele sytuacji – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Ich punkt widzenia byłby bardzo cenny.
– Kto mógłby zostać członkiem takiej rady?
– Już pani częściowo odpowiedziała na to pytanie. Prezesi raczej nie, bo są zajęci bieżącą pracą. Potrzebne jest spojrzenie z góry. Mogą to być ludzie kultury, dyplomaci, osoby niezwiązane bezpośrednio z organizacjami. Szczególną rolę mogą tu odgrywać dyplomaci, jako naturalni łącznicy w budowaniu i utrzymywaniu relacji między środowiskami.
– Czy młodzież to zaakceptuje?
– To zależy – młodzież może uznać, że starsi próbują narzucać swoje zdanie. Jeśli jednak decyzje będą sensowne i „jadalne” dla młodych, zostaną zaakceptowane; jeśli będą oderwane od rzeczywistości – nie. Jeśli chodzi o rozwój, potrzebne jest centrum biznesowo-kulturalne, choć jego stworzenie wiąże się z dużymi kosztami i najpewniej wymagałoby wsparcia finansowego ze strony polskiej.
– I ostatnie pytanie – w czym widzi Pan przyszłość ruchu polskiego w Ukrainie?
– Przyszłość to trudne pytanie. Zmienia się struktura uczestników ruchu polskiego oraz poziom wiedzy społeczeństwa ukraińskiego o Polsce. Coraz więcej osób wiąże się z Polską nie poprzez pochodzenie, lecz przez sympatię, pracę czy studia. To zupełnie nowy przekrój uczestników relacji polsko-ukraińskich. Ruch polski zmienia swój charakter – odmładza się, odchodzi od schematów i rozwija nowe formy działania. Myślę, że w najbliższych latach znaczną część jego uczestników będą stanowić osoby bez polskich korzeni, ale aktywnie zaangażowane. To będzie bardzo istotne zjawisko.
Kijów, 2019 rok.






