
Był jednym z tych artystów, których w Kijowie widzi się częściej, niż się o nich pamięta.
Jego malowidła zdobią ściany jednej z najważniejszych świątyń miasta, pojawiają się w dawnych rezydencjach i muzeach. A jednak przez dziesięciolecia pozostawał na marginesie historii sztuki.
Wilhelm Kotarbiński – polski malarz, który znaczną część życia spędził w Kijowie – współtworzył wizualny język miasta przełomu XIX i XX wieku. Malował sceny religijne, historyczne i fantastyczne, balansując między akademizmem a symbolizmem. Jego prace były częścią codzienności miasta, nawet jeśli jego nazwisko stopniowo z niej znikało.
Jego biografia nie układa się jednak w prostą historię sukcesu. To raczej opowieść o wyborach: wbrew rodzinie, wbrew wygodzie, czasem wbrew logice.
Zaczęło się od decyzji, która miała nie spodobać się nikomu w domu
Wilhelm Kotarbiński urodził się 30 listopada 1848 roku w Nieborowie, w rodzinie ziemiańskiej. Ojciec widział dla niego przyszłość stabilną i przewidywalną – w administracji albo wojsku. Sztuka nie była jedną z opcji.
A jednak właśnie ją wybrał. Decyzja o zostaniu malarzem była świadomym zerwaniem z rodzinnym planem. Kluczową rolę odegrał wuj, który dostrzegł jego talent i wsparł go finansowo, kupując pierwsze prace młodego artysty. Ten gest nie tylko dodał mu pewności, ale przede wszystkim umożliwił rozpoczęcie edukacji artystycznej.
To był pierwszy z jego ważnych wyborów.
Rzym był jednocześnie szkołą i testem wytrzymałości
W 1871 roku Kotarbiński wyjechał do Rzymu dzięki stypendium Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Miasto, które dla wielu artystów było celem marzeń, dla niego okazało się także miejscem codziennej walki o przetrwanie.
Studiował w Akademii św. Łukasza, jednej z najważniejszych uczelni artystycznych Europy. Jednocześnie zmagał się z biedą, barierą językową i brakiem stabilności. Jego pracownia była jednocześnie mieszkaniem, a pieniędzy często brakowało nawet na podstawowe potrzeby.
We wspomnieniach, przytaczanych przez Nikołaja Prachowa, opisywał ten czas bez upiększeń. Hotel był dla niego nieosiągalny, więc wynajął skromne studio: ze stołem, zepsutym krzesłem, sztalugą i ogromnym manekinem pogryzionym przez myszy. Nocą przewracał stół, przywiązywał do jego nóg prześcieradło i spał w prowizorycznym hamaku. Rano wszystko wracało na swoje miejsce – a gospodyni i modelce opowiadał, że mieszka w pierwszorzędnym hotelu, nawet wskazując jego nazwę.
W tym czasie funkcjonował w środowisku polskich artystów w Rzymie. Przyjaźnił się m.in. z Henrykiem Siemiradzkim, który w jednym z listów pisał o nim z charakterystyczną szczerością:
„Kotarbiński mieszka ze mną, więc nie jest mi tak nudno; to bardzo porządny chłopak: miły, dobroduszny, ale często goły jak turecki święty lub stypendysta warszawski”.

Mimo trudności był to okres intensywnego rozwoju. Kontakt z antykiem i renesansem, a także obecność w międzynarodowym środowisku artystycznym, ukształtowały jego styl. Powstawały pierwsze dojrzałe prace, a on sam zaczynał budować swoją pozycję.
Był moment, kiedy mógł tego nie przetrwać
Pobyt w Rzymie naznaczony był również poważnym kryzysem. Kotarbiński zachorował na tyfus głodowy – chorobę, która w tamtym czasie często kończyła się śmiercią. Przetrwał dzięki pomocy braci Swiedomskich.
Nie przerwał jednak pracy. Wkrótce odniósł pierwszy znaczący sukces – zdobył pierwszą nagrodę w konkursie Akademii św. Łukasza, otrzymując srebrny medal i tytuł najlepszego rysownika. To był moment, w którym jego talent został oficjalnie uznany.
Z czasem zaczęli pojawiać się pierwsi poważni klienci. Jednym z nich był biskup Josip Juraj Strossmayer – jedna z najważniejszych postaci europejskiego życia kulturalnego tamtego czasu.
Nie skończyło się na jednym zamówieniu. Strossmayer kupił kilka jego prac, w tym obrazy o tematyce religijnej, jak „Ucieczka do Egiptu” czy „Męczeństwo św. Kaliksta”.

To był moment przełomowy – nie tylko dlatego, że poprawił jego sytuację finansową. Znacznie ważniejsze było coś innego: Kotarbiński przestał być anonimowym studentem z Rzymu, a zaczął funkcjonować jako artysta, którego warto kolekcjonować.
Rzym dawał mu coraz więcej. Ale z czasem przestał wystarczać.
Nie chciał być tylko malarzem obrazów do salonów
Z biegiem lat Kotarbiński zaczął odczuwać ograniczenia malarstwa sztalugowego. Obrazy zamawiane do prywatnych wnętrz dawały stabilność, ale nie dawały skali, której szukał. Potrzebował czegoś większego – dosłownie.
Jak zauważa Walenty Bardak w powieści „Sobór”, będącej literacką refleksją nad światem artystów pracujących przy dekoracji wnętrza soboru św. Włodzimierza, „świątynia jest zupełnie innym nośnikiem informacji o artyście niż obraz”. To właśnie ta różnica zaczynała mieć dla niego coraz większe znaczenie.
Moment przełomu przyszedł, gdy miał około czterdziestu lat. Otrzymał propozycję pracy w Kijowie od Adriana Prachowa – historyka sztuki i organizatora jednego z największych projektów artystycznych epoki.
To był drugi kluczowy wybór w jego życiu.
Kijów nie był przypadkiem. Stał się projektem życia.
Pod koniec lat 80. XIX wieku Kotarbiński rozpoczął pracę przy dekoracji soboru św. Włodzimierza w Kijowie. Było to jedno z najważniejszych przedsięwzięć artystycznych w Imperium Rosyjskim.
Początkowo powierzano mu mniej eksponowane fragmenty wnętrza. Z czasem jednak jego rola rosła. Szacuje się, że wraz z Pawłem Swiedomskim stworzył 18 dużych kompozycji i dziesiątki postaci. Malował sceny biblijne, w tym m.in. przedstawienia inspirowane Księgą Rodzaju oraz „Przemienienie Pańskie”.
Była to praca wymagająca nie tylko umiejętności, ale też podporządkowania się rygorom projektu. Co ciekawe, jako katolik nie mógł podpisywać swoich prac w świątyni – taki zapis znalazł się w umowie. Tworzył więc dzieła, które oglądali tysiące ludzi, ale które formalnie nie nosiły jego nazwiska.
Poza soborem był wszędzie tam, gdzie tworzyło się życie miasta
Równolegle pracował dla kijowskich elit. Jego dekoracje zdobiły rezydencje najbogatszych rodzin, takich jak Tereszczenkowie czy Chanenkowie. Był obecny w przestrzeniach prywatnych, ale o znaczeniu publicznym – tam, gdzie spotykała się elita finansowa, intelektualna i artystyczna.

Nie zamykał się w pracowni. Był obecny w środowisku artystycznym Kijowa, działał w Towarzystwie Malarzy Południoworosyjskich i uczestniczył w dyskusjach, które wykraczały daleko poza samą sztukę.
Uczestniczył m.in. w dyskusjach wokół pomnika Tarasa Szewczenki. Opowiadał się za tym, by jego autorem był artysta ukraiński – co wpisywało się w szersze dążenia do budowania lokalnej tożsamości kulturowej.
Był obecny, ale nie był gotów na kompromisy
Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów jego postawy była konsekwencja w podpisywaniu prac. Kotarbiński używał wyłącznie alfabetu łacińskiego, mimo że działał w Imperium Rosyjskim.
Gdy znany kolekcjoner Paweł Tretiakow chciał kupić jego obraz, postawił warunek – podpis ma być zapisany cyrylicą.
Artysta odmówił. „Kupuje pan obraz, a nie mój podpis” – miał odpowiedzieć.
Transakcja nie doszła do skutku. To był trzeci z jego wyborów – wybór niezależności.
Ostatnie lata nie miały już w sobie nic z rozmachu wcześniejszych projektów
W czasie wojny domowej w 1920 roku Kotarbiński mieszkał w kijowskim hotelu „Praga”. Budynek wielokrotnie przechodził z rąk do rąk, był zajmowany przez różne formacje wojskowe, a jego mieszkańcy żyli w ciągłej niepewności.
Rewizje, konfiskaty i nagłe eksmisje były codziennością.
W tym czasie pomogła mu Emilia Prachowa, wdowa po Adrianie Prachowie. Zaproponowała mu przeprowadzkę do swojego domu przy ulicy Tr’ochswiatytelskiej. Tam spędził ostatnie miesiące życia.
Zmarł w 1921 roku. Miasto, które współtworzył, szybko o nim zapomniało
Został pochowany na Cmentarzu Bajkowym w Kijowie. Jego dorobek uległ rozproszeniu, część prac zaginęła, a brak uporządkowanego archiwum utrudniał badania nad jego twórczością.
Dopiero współcześnie jego prace zaczęły być ponownie odkrywane i analizowane. Znajdują się dziś m.in. w zbiorach muzealnych w Polsce i w Ukrainie.

Dziś widać to wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej
Wilhelm Kotarbiński nie był tylko artystą, który pracował w Kijowie. Był jednym z tych, którzy nadali miastu jego wizualny charakter.
Co więcej – jego nazwisko wraca do obiegu. W ostatnich latach mówi się o nim coraz więcej. Wystawy jego prac przyciągają tłumy, a kolejki do ekspozycji potrafią być zaskakująco długie. Jeszcze niedawno był artystą zapomnianym, dziś znów budzi zainteresowanie szerokiej publiczności.
Zainteresowanie to widać także w świecie wydawniczym. Numer czasopisma „Antykwar” poświęcony Kotarbińskiemu został całkowicie wykupiony – co w przypadku periodyków o tematyce artystycznej zdarza się rzadko.
Jego historia to nie tylko biografia malarza. To opowieść o trzech decyzjach: o wyborze sztuki, o wyborze miejsca i o wyborze niezależności.
I o tym, że czasem to właśnie te wybory zostają – nawet wtedy, gdy nazwisko znika z pamięci – by po latach powrócić z nową siłą.
Anna Morgaczowa



