Dziś piątek, 21.08.2026
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Dziennik Kijowski

Czasopismo tradycyjnie poświęcane jest życiu organizacji polonijnych, ważniejszym wydarzeniom politycznym w Polsce i na Ukrainie, wspólnym Polsce i Ukrainie aktualnym zagadnieniom, problematyce religijnej, historii Polski.

Dziennik Kijowski

Kijowski ślad Korczaka. Trzy dni, które miały ciąg dalszy

Tablica pamiątkowa w Kijowie wykonana przez artystę rzeźbiarza Ivana Grygoryeva

 

Warszawa jest nierozerwalnie związana z Januszem Korczakiem. To tam prowadził Dom Sierot, pisał książki i pozostał do końca ze swoimi wychowankami. Niewielu jednak wie, że jeden z bardzo ważnych rozdziałów jego życia rozpoczął się w Kijowie.

Zanim opowiemy o jego pobycie w Kijowie, warto przypomnieć, kim był człowiek, którego znamy jako Janusza Korczaka.

Naprawdę nazywał się Henryk Goldszmit. Był lekarzem, pisarzem i pedagogiem, ale przede wszystkim człowiekiem, który całe życie poświęcił dzieciom. To on prowadził warszawski Dom Sierot i rozwijał idee wychowania opartego na szacunku, sprawiedliwości i prawie dziecka do własnego głosu.

Boże Narodzenie 1915 roku Janusz Korczak spędzał daleko od Warszawy. Jako lekarz armii rosyjskiej od wielu miesięcy służył na Wołyniu, kierując polowym lazaretem. Wojna zdążyła już odebrać Europie złudzenia, a lekarzowi z ulicy Krochmalnej – spokojne życie. Gdy otrzymał trzydniowy urlop, nie mógł wrócić do rodzinnego miasta. Warszawa znajdowała się pod okupacją niemiecką, a przekroczenie linii frontu było niemożliwe.

Wybrał Kijów.

Nie był to przypadek. Stolica Ukrainy stała się wówczas schronieniem dla tysięcy Polaków uciekających przed wojną. Działały tu polskie szkoły, ochronki, internaty i organizacje społeczne niosące pomoc uchodźcom. Korczak od dawna interesował się pracą takich placówek. Nie szukał odpoczynku. Szukał odpowiedzi na pytania, które od miesięcy nie dawały mu spokoju: jak wychowywać dzieci, kiedy świat dorosłych pogrążył się w przemocy? Jak uczyć odpowiedzialności tam, gdzie wojna zniszczyła wszystkie dotychczasowe reguły?

W Kijowie najpierw odwiedził jedno z polskich gimnazjów. Zadawał pytania, które zaskakiwały nauczycieli. Nie interesowały go wyniki egzaminów ani liczba uczniów. Pytał o dzieci sprawiające trudności. Co dzieje się z uczniem oskarżonym o kradzież? Czy ma prawo się bronić? Kto go wysłucha? Jak szkoła odróżnia karę od sprawiedliwości?

Nie znalazł odpowiedzi, których szukał.

Ktoś polecił mu odwiedzić internat przy ulicy Bogoutowskiej 29. Kilka drewnianych budynków, należących do Polskiego Komitetu Pomocy Ofiarom Wojny, nie przypominało nowoczesnej placówki wychowawczej. Mieszkało tam około sześćdziesięciu chłopców – dzieci, którym wojna odebrała domy, rodziców i poczucie bezpieczeństwa. Kierowała nimi Smutna Pani – Maryna (w niektórych źródłach Maria) Rogowska-Falska.

 

Maryna Falska – kobieta po dwóch tragediach

Kiedy Korczak przekroczył próg internatu, spotkał kobietę, która – podobnie jak on – niosła w sobie ciężar wojny, choć jej dramat rozpoczął się jeszcze wcześniej.

Maryna Rogowska pochodziła z rodziny ziemiańskiej. Od młodości angażowała się w działalność niepodległościową i społeczną. Za udział w ruchu socjalistycznym była więziona przez władze carskie i zesłana w głąb Rosji. Po powrocie wyszła za mąż za lekarza Leona Falskiego. Wydawało się, że odnajdzie spokój. Los zdecydował inaczej.

Najpierw zmarł mąż, który podczas pracy zaraził się tyfusem od chorego pacjenta. Niedługo później epidemia szkarlatyny zabrała ich kilkuletnią córkę Hanię. W ciągu zaledwie dwóch lat Maryna straciła najbliższych. Miała  tylko trzydzieści kilka lat.

Po wybuchu wojny znalazła się w Kijowie. Tam powierzono jej prowadzenie internatu dla polskich chłopców – w większości sierot wojennych. Zamiast pogrążyć się w rozpaczy, całą swoją energię skierowała ku dzieciom. Nie uważała się za wybitną wychowawczynię. Raczej za kobietę, która uczy się razem z nimi, jak żyć po tragedii.

Korczak od razu dostrzegł, że trafił do miejsca niezwykłego. Nie dlatego, że wszystko działało idealnie. Przeciwnie,  internat zmagał się z biedą, brakiem pieniędzy i problemami wychowawczymi. Ale właśnie tutaj widział ludzi gotowych szukać nowych rozwiązań.

To spotkanie okazało się początkiem przyjaźni, która przetrwała niemal trzydzieści lat. Po latach Maryna Falska napisze o nim tak:

„Zetknięcie z Korczakiem. Ujrzałam Jego cel.”

Nie chodziło o zachwyt sławnym już wtedy pisarzem. Dostrzegła człowieka, który wierzył, że nawet dziecko okaleczone przez wojnę ma prawo do szacunku, sprawiedliwości i współdecydowania o własnym życiu.

 

Lekcja sprawiedliwości przy Bogoutowskiej 29

Korczak nie przyjechał do Kijowa z gotowym planem reformowania internatu. Obserwował. Rozmawiał z wychowawcami, poznawał chłopców i próbował zrozumieć, jakie reguły rządzą ich codziennym życiem. Szybko zauważył, że  poważnym problemem nie jest bieda ani wojenne niedostatki. Największym przeciwnikiem wychowania był brak zaufania.

Dzieci, które trafiały do internatu przy ulicy Bogoutowskiej 29, miały za sobą doświadczenia, z jakimi niewielu dorosłych potrafiłoby sobie poradzić. Jedni uciekli przed frontem, inni stracili rodziców, jeszcze inni przez wiele miesięcy żyli na dworcach, w schroniskach lub wśród obcych ludzi. W takim świecie najsilniejszy miał rację, a podejrzenie często zastępowało dowody.

Korczak uważał, że właśnie dlatego dzieci powinny uczyć się sprawiedliwości, a nie tylko posłuszeństwa.

Okazja pojawiła się szybciej, niż się spodziewał.

Jednego z wychowanków oskarżono o kradzież zegarka. W internacie zawrzało. Dla większości dorosłych sprawa wydawała się oczywista – należało ukarać winnego, aby dać przykład pozostałym. Korczak zaproponował jednak rozwiązanie zupełnie inne.

– Najpierw trzeba ustalić, co naprawdę się wydarzyło – przekonywał.

Zaproponował przeprowadzenie rozprawy według zasad, które od kilku lat rozwijał w warszawskim Domu Sierot. Chłopcy sami wybrali sędziów spośród swoich kolegów. Wyznaczono osoby, które miały przedstawić argumenty oskarżenia, oraz tych, którzy bronili podejrzanego. Wysłuchano świadków, zadawano pytania i wspólnie analizowano fakty.

Dopiero po zakończeniu całego postępowania zapadł wyrok.

Chłopca uniewinniono.

Dla wychowanków internatu nie było to jedynie rozwiązanie pojedynczego konfliktu. Po raz pierwszy przekonali się, że nikt nie może zostać uznany za winnego wyłącznie dlatego, że padło oskarżenie. Korczak pokazał im, że sprawiedliwość wymaga cierpliwości, wysłuchania drugiego człowieka i szacunku dla prawdy.

To doświadczenie stało się początkiem zmian.

 

Rozmowy do późnej nocy

Najdłuższe rozmowy Korczak prowadził jednak nie z dziećmi, lecz z Maryną Falską.

Wieczorami, kiedy internat cichł, dyskutowali o wychowaniu, odpowiedzialności dorosłych i o dzieciach, które wojna pozbawiła poczucia bezpieczeństwa. Łączyło ich doświadczenie cierpienia. Korczak od lat pracował z sierotami, Falska sama doświadczyła utraty męża i córki. Oboje wiedzieli, że dziecka nie da się wychować samymi nakazami. Najpierw trzeba odzyskać jego zaufanie.

Korczak mówił o pomysłach, które rozwijał w Domu Sierot przy warszawskiej ulicy Krochmalnej: o sądzie koleżeńskim, samorządzie, dyżurach i odpowiedzialności za wspólnotę. Falska słuchała uważnie. Z czasem uznała, że właśnie w tych rozwiązaniach znajduje się odpowiedź na problemy, z którymi każdego dnia zmagał się jej internat.

 

Powrót nad Dniepr

Kiedy Janusz Korczak opuszczał Kijów po świątecznym urlopie 1915 roku, nie przypuszczał, że los ponownie zaprowadzi go nad Dniepr. Wydawało się, że wróci do Warszawy i do swoich wychowanków z Domu Sierot. Wojna pokrzyżowała jednak wszystkie plany.

Po kolejnych miesiącach służby wojskowej ponownie znalazł się w Kijowie. Tym razem nie był już gościem, który przyjechał na kilka dni. Zamieszkał w mieście na dłużej i zaczął pracować tam, gdzie był najbardziej potrzebny – wśród dzieci.

Historycy podkreślają, że był to jeden z najmniej poznanych, a zarazem bardzo ważny  okres jego życia. Korczak pracował jako pediatra w przytułkach dla ukraińskich dzieci oraz jako psycholog w polskim przedszkolu.

To właśnie podczas drugiego pobytu w Kijowie dojrzewała książka, którą wielu pedagogów uważa za największe dzieło Janusza Korczaka – „Jak kochać dziecko”.

Nie powstawała w bibliotece ani w zaciszu gabinetu. Jej kolejne rozdziały rodziły się między dyżurami lekarskimi, rozmowami z wychowawcami i obserwacją dzieci, które wojna pozbawiła wszystkiego.

Korczak nie pisał poradnika dla rodziców. Tworzył manifest.

Przekonywał, że dziecko nie jest własnością matki ani ojca. Nie jest również „materiałem wychowawczym”, z którego można ulepić dowolnego człowieka. Jest odrębną osobą – ze swoją godnością, uczuciami, lękami i prawem do własnych błędów.

W czasach, gdy większość pedagogów mówiła o dyscyplinie i bezwzględnym posłuszeństwie, Korczak pisał o szacunku.

Jednym z najbardziej poruszających fragmentów książki są rozważania o niemowlęciu. Korczak pisał, że nawet najmniejsze dziecko nie jest „przyszłym człowiekiem”, ale człowiekiem już teraz. Ma prawo do szacunku od pierwszych chwil życia.

 

Powrót do Warszawy

Kiedy po wojnie Korczak wrócił do Warszawy, Kijów nie pozostał tylko wspomnieniem z tych trudnych czasów. Spotkanie przy ulicy Bogoutowskiej 29 miało swój dalszy ciąg. Wspólnie z Maryną Falską tworzył później „Nasz Dom” – miejsce, w którym idee sprawiedliwości, samorządności i szacunku dla dziecka mogły stać się codzienną praktyką.

Może właśnie dlatego warto pamiętać o tych kilku dniach nad Dnieprem. Nie były jedynie epizodem w biografii Korczaka. Były spotkaniem ludzi, którzy po doświadczeniu wojny próbowali odpowiedzieć na jedno z najtrudniejszych pytań: jak wychowywać człowieka tak, aby nie odebrać mu jego godności?

Korczak nie znalazł w Kijowie wszystkich odpowiedzi. Znalazł jednak ludzi, z którymi mógł ich szukać. A idee, o których rozmawiali przy Bogoutowskiej 29, miały przetrwać w ich wspólnej pracy jeszcze przez wiele lat.

 

Anna Morgaczowa

Maryna Falska, Janusz Korczak  i inni nauczyciele oraz dzieci „Naszego Domu” w latach 20. XX wieku

Maria Rogowska-Falska, 1926, fot. Wikipedia

 

POWIĄZANE POSTY

Nasi Partnerzy

Najnowszy numer x