Dziś: niedziela,
16 stycznia 2022 roku.
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Archiwum 2010-2011
Organizacja pozarządowa jest mądra mądrością swoich członków

Rozmowa z kierownikiem Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Kijowie, I radcą Rafałem Wolskim

- Kiedy Pan, Panie Radco, usłyszał w swoim życiu pierwsze słowo po ukraińsku?

- Chyba w dzieciństwie i to myślę, że przy okazji jakichś bajek, opowiastek, powiedzonek usłyszanych od mojej babci, ojca, albo jego rodzeństwa. Miałem też nianię – Polkę, która pochodziła z Łucka. A w Olsztynie naprzeciwko domu, gdzie się wychowałem, mieszkała rodzina Balików, rodem z Równego, zaś do państwa Balików dość często z (wtedy jeszcze sowieckiej) Ukrainy przyjeżdżali krewni Polacy, często zasymilowani, używający ukraińskiego. A zatem można powiedzieć, iż język ukraiński był w moim życiu świadomie lub nieświadomie obecny od dzieciństwa, choć rodzice w domu zawsze przestrzegali użycia poprawnej literackiej polszczyzny.

Moi dziadkowie ze strony ojca pochodzili z pogranicza dawnych guberni wołyńskiej i podolskiej, z okolic Żytomierza. W 1923 r. przez „zieloną granicę” koło Korca przedostali się do Polski. Dziadka, który uczył się w Humaniu i Kijowie, już nie poznałem; w latach II Rzeczypospolitej pracował w służbie publicznej i do 1939 r. był burmistrzem Wyszkowa nad Bugiem, zmarł w swoje 45 urodziny, 23 października 1945 r. jako pierwszy polski burmistrz Bartoszyc w ówczesnym Okręgu Mazurskim. Moja babcia również była osobą wykształconą i oprócz ojczystego polskiego mówiła doskonale po rosyjsku, i to językiem Lermontowa i Czechowa, jak również po ukraińsku.

Od drugich moich dziadków słyszałem twardy poznański dialekt i niemieckie wtręty językowe. U sąsiadów z naprzeciwka rodem ze Lwowa codziennie słyszałem lwowski bałak. Za drugim płotem pani Gibowska, wdowa po mistrzu szewskim z Wilna, raczyła mnie śpiewną gwarą wileńską, a za kolejnym pani Tunkielowa pochodząca z Inflant Polskich (gdzieś spod Dyneburga) posługiwała się językiem polskim z naleciałościami z kresów północno-wschodnich. Żeby było ciekawiej, nieco dalej mieszkała Niemka, Frau Mateblowski, rodowita olsztynianka, która mówiła wyłącznie po niemiecku…

I tak to jest, kiedy się mieszka w mieście, którego mieszkańcy stanowią taką mozaikę. Olsztyniacy to w dużej części ludzie, przesiedleni ze Wschodu, czyli z Wołynia, Galicji czy Wileńszczyzny oraz ci, którzy sami dotarli na Warmię i Mazury z centralnej Polski. No i było tam trochę miejscowych Polaków i Niemców. Tak, że z jednej strony panowała taka wszechobecna i oczywista polskość, a zarazem różne jej regionalne odmiany i to jeszcze odmiany, związane ze światami utraconymi - światem polskiego Wschodu, chociażby.

Często powtarzam, iż jestem ilustracją tezy Józefa Piłsudskiego, że „Polska jest jak obwarzanek – wszystko, co dobre, leży z brzegu”, jako że jestem dzieckiem ojca urodzonego z rodziców kijowian, czy też żytomierzan, zaś moja mama była poznanianką: jej rodzice bowiem są rodem z Wielkopolski, sama zaś mama przyszła na świat i wychowała na Pomorzu. Sam więc żyję dzięki połączeniu kresów zachodnich ze wschodnimi. Jedni moi dziadkowie chodzili do szkoły pod zaborem pruskim, drudzy pod rosyjskim.

- Z języków obcych w szkole miał Pan niemiecki?

- Tak, miałem niemiecki i rosyjski, do dzisiaj właśnie tymi dwoma językami posługuję się najlepiej.

 - Jakieś sto lat temu, na którymś z kongresów językoznawców ustalono, że język ukraiński, po włoskim zajmuje drugie miejsce wśród języków europejskich pod względem melodyjności. Co pan na to powie?

- To bardzo możliwe. Bardzo pokochałem język ukraiński, uczę się go w tej chwili wytrwale. Jest to rzeczywiście niezwykle piękny, melodyjny, przyjemny dla ucha język, w którym można wyrazić bardzo dużo niuansów, jak zresztą w każdym języku słowiańskim. Język niezwykle emocjonalny. Na ile potrafię to ocenić czytając literaturę ukraińską, czy też przekłady literatury polskiej na ukraiński, jest to język, który potrafi wyrazić wielkie subtelności uczuć. Przyznam, że jestem pod wielkim wrażeniem chociażby ukraińskich tłumaczeń polskiej poezji znakomitego Dmytra Pawłyczki, czy też kongenialnego przekładu mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” Maksyma Rylskiego. Ukraiński to język, obcowanie z którym sprawia mi wielką przyjemność.

- Pracował Pan przez długi okres na terenie Niemiec, w Monachium. Proszę powiedzieć, tak na pierwszy rzut oka, czym w zasadzie różnią się Polacy mieszkający na stałe w Niemczech od Polaków zamieszkałych na Ukrainie?

- Różnica w zasadzie sprowadza się do tego, że Polacy na Ukrainie są mniejszością narodową, klasyczną - spełniającą wszystkie wymogi Europejskiej Konwencji Ramowej o Ochronie Mniejszości Narodowych: mieszkają od wielu wieków na terytorium dzisiejszej Ukrainy, są zintegrowani dziejowo z tą ziemią. Natomiast Polacy w Niemczech z niewielkimi wyjątkami należą do wychodźstwa.

Polacy mieszkający dziś na południu Niemiec pojawili się tam po drugiej wojnie światowej. Oczywiście Monachium było miejscem, które Polaków zawsze przyciągało. Tam trafiła część polskiej emigracji politycznej w XIX w., tam studiowali na Akademii Sztuk Pięknych bracia Maksymilian i Aleksander Gierymscy.

W południowych Niemczech Polacy znaleźli się z rozmaitych przyczyn – część z nich to ci, którzy tam trafili wskutek II wojny światowej jako jeńcy wojenni, więźniowie obozów koncentracyjnych lub robotnicy przymusowi i nie chcieli do Polski z różnych powodów politycznych wracać. Druga grupa to emigracja polityczna z okresu PRL-u, czyli ci, którzy uciekali do Niemiec od końca lat 40, zwłaszcza w okresie „Solidarności”. Istnieje też poważna grupa polskiej emigracji w Niemczech żydowskiego pochodzenia, ludzi, którzy zostali zmuszeni do wyemigrowania z Polski po 1968 roku przez ówczesną władzę. Dziś jest także duża grupa emigracji zarobkowej, ci, którzy wyjechali z Polski nawet po 1989 roku z przyczyn ekonomicznych, w tym i najnowsza fala emigracji po wejściu Polski do Unii Europejskiej. To najczęściej specjaliści, młodzi ludzie, którzy są obywatelami świata i którzy dzisiaj są w Monachium, jutro będą w Amsterdamie, pojutrze w Londynie, a za trzy dni w Nowym Jorku.

Sytuacja Polaków na Ukrainie i w Niemczech jest nieporównywalna i z tego względu, że bardzo wielu Polaków mieszkających w Monachium ma obywatelstwo polskie. Natomiast na Ukrainie większość Polaków z racji ustawodawstwa ukraińskiego jest obywatelami Ukrainy, co nie pozwala im jednocześnie być obywatelami Polski.

- Czy środowiska polskie w Niemczech ciążą ku zjednoczeniu?

- W Niemczech Polacy gromadzą się w różnych, licznych organizacjach. Prowadzone są mniej czy bardziej udane próby zjednoczenia tego ruchu. Prowadzone są rozmowy w kierunku stworzenia takiej organizacji dachowej, która by w sobie te wszystkie organizacje połączyła.

I tu sytuacja rozwija się w myśl naszej zasady - „My Polacy wolni ptacy”, czyli dalszy rozwój ruchu w tym kierunku zależy od liderów poszczególnych środowisk polonijnych. Nasza służba konsularna się do tego dostosowuje. Staramy się z nimi współpracować.

Wielką rolę w integracji środowisk polskich odgrywają polskie misje katolickie. Struktura polskiego duszpasterstwa jest bardzo rozbudowana i sprawna. Ostatnio oprócz Kościoła Katolickiego pracę duszpasterską wśród rodaków mieszkających w Niemczech wznowił Kościół Ewangelicko-Augsburski, którego wierni w Zagłębiu Ruhry znów mają nabożeństwa w języku polskim.

Praktykowanie religii na pewno jest jednym z czynników spajających społeczność polską za granicą i to niezależnie od wyznania. I bardzo dobrze się dzieje, że Kościoły dbają o to, aby tę więź pielęgnować.

- Co Pan powie odnośnie terminu „Polonia ukraińska”? Czy i kiedy można ten termin stosować?

- Przede wszystkim na Ukrainie nie ma Polonii, tu żyje polska mniejszość narodowa. Czym innym jest Polonia, czym innym polska grupa narodowościowa czy polska mniejszość.

- Dobrze, a jak wtedy nazywać Polaków zamieszkujących np. Krym, czy też inne tereny nienależące w swoich dziejach do Polski?

- Oni mieszkają na Ukrainie, która w swoim czasie nadała im status mniejszości narodowej i ten status szanuje. W związku z tym wydaje mi się, że tutaj nie należy rozdzielać włosa na czworo, gdyż mamy tu dość precyzyjną granicę – Polonia to jest emigracja polska w tych krajach, w których mniejszość polska historycznie nie występowała.

- Do wielu funkcji Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Kijowie należy podtrzymywanie więzi z Polakami Ukrainy. Czy zajmuje się tym jego odrębna komórka?

Od początku istnienia polskiej służby konsularnej na niepodległej Ukrainie w każdym polskim urzędzie konsularnym, oprócz jego kierownika, który odpowiada za wszystkie sprawy, jest zawsze pracownik lub pracownicy, których zadaniem jest opieka lub współpraca z Polskami mieszkającymi na Ukrainie.

W strukturze naszego Wydziału Konsularnego mamy Referat ds. Współpracy z Polakami na Ukrainie, w którym działa m. in. pani konsul Dorota Dmuchowska. Do jej obowiązków należą przede wszystkim sprawy związane z Kartą Polaka, ale i wszystkie inne z tej dziedziny, jak organizacja imprez dla Polaków, opieka nad szkolnictwem polskim itp. Chcę tu zaznaczyć, iż mimo istnienia tych struktur w codziennej pracy tak ostrego podziału nie stosujemy, gdyż każdy z nas, konsulów, niezależnie od swego zakresu obowiązków przyjechał tu właśnie do współpracy z Polakami na Ukrainie.

- Jakie płaszczyzny współpracy, zdaniem Pana, należałoby zintensyfikować po to, aby ta współpraca i kontakty były bardziej obopólnie korzystne?

- Zależy mi na tym, żebyśmy w naszej działalności dla Polaków ukraińskich intensywniej współpracowali z innymi agendami ambasady i pozostałymi polskimi przedstawicielstwami na Ukrainie, jak Instytut Polski, Polski Ośrodek Informacji Turystycznej, Wydział Promocji Handlu i Inwestycji przy Ambasadzie. Naszą rolą jest być ogniwem łączącym te wszystkie polskie instytucje na Ukrainie z mniejszością polską.

Nie ukrywam, że cieszy nas fakt, iż Polacy są aktywni w wielu aspektach, iż mamy aktywnie działające środowiska polskiej inteligencji, polskich lekarzy, pracowników nauki, przedstawicieli wolnych zawodów. Chciałbym, żeby dalej intensyfikowała się działalność polskich przedsiębiorców, nie tylko tych, którzy w interesach przenieśli się tu z Polski, ale też z grona przedstawicieli mniejszości polskiej.

- Jak Pan uważa, czy istnieje potrzeba zjednoczenia polskiego ruchu na Ukrainie?

- To jest pytanie, na które powinien odpowiedzieć sam polski ruch, gdyż próby narzucania mu czegokolwiek przez jakąś strukturę, która do tego ruchu należeć nie może, są z góry skazane na porażkę. Organizacje społeczne - pozarządowe, jak sama nazwa wskazuje, to takie, za którymi muszą ławą stać wolontariusze, ludzie, którzy w tych organizacji działają dla własnej satysfakcji, z potrzeby serca i przekonania, że ich praca społeczna jest potrzebna. I narzucanie czegokolwiek ze strony polskiej czy ukraińskiej zewnętrznej siły nie ma, moim zdaniem, żadnego sensu. Trzeba pamiętać, że cała praca społeczna oparta jest, przede wszystkim na dobrej woli i zaangażowaniu obywateli, którzy w ten sposób realizują swój wkład w powstawanie społeczeństwa obywatelskiego.

Naszym zadaniem jest wspierać istniejące struktury, rozmawiać z nimi, wysłuchiwać artykułowanych przez nie potrzeb i pomagać te oczekiwania realizować. Nie wolno nam wymuszać na tych strukturach jakichkolwiek decyzji, które naruszają ich suwerenność.

Oczywiście zawsze jest lepiej, jeżeli mamy do czynienia ze środowiskiem zintegrowanym i dobrze zorganizowanym, ale nigdzie nie jest powiedziane, że jedna organizacja rozwiąże wszystkie problemy. Dużo ważniejsze jest to, żeby organizacje istniejące ze sobą rozmawiały, żeby odnajdywały wspólny zakres działania i co więcej, żeby w efekcie potrafiły wspólnie artykułować swoje stanowisko zarówno wobec nas jako polskiej służby zagranicznej, jak i wobec innych instytucji, ale przede wszystkim wobec władz miejscowych. Zupełnie inaczej będzie się zachowywał gubernator obwodu, mer miasta czy minister, jeżeli będzie rozmawiał z silną organizacją i będzie wiedział, że naprzeciw niego stoi rzecznik takiej czy innej organizacji, dzięki któremu jego słowa dotrą do całego polskiego środowiska. To jest o wiele ważniejsze niż to, czy to środowisko będzie zorganizowane w jednej, czy też kilku organizacjach. Tu trzeba zapewnić pluralizm.

- Wróćmy do „Dziennika Kijowskiego”, którego protoplastę być może czytywał Pański dziadek Stanisław, będąc studentem Politechniki Kijowskiej. Jaką stałą rubrykę poradził by Pan nam wprowadzić?

- Jako historyk z wykształcenia uważam, że nigdy dosyć edukacji historycznej. Sądzę, że na łamy „Dziennika Kijowskiego” warto wprowadzić rubrykę historyczną, zwłaszcza, że jest z czego czerpać, bo istnieje wspaniała tradycja historyczna nie tylko na Ukrainie, ale i tutaj na Kijowszczyźnie; marzą mi się numery „Dziennika” z jakimiś pogadankami, odnoszącymi się do przeszłości, informacjami historycznymi podanymi w ciekawej formie. Materiały z tej rubryki wykorzystywaliby w swej pracy polscy nauczyciele. Trzeba upamiętniać „polskie ślady”, miejsca pamięci narodowej, budynki, cmentarze ważne dla polskiego dziedzictwa.

Nie wiem, czy nie byłoby też rozsądnie wrócić do XIX-wiecznej tradycji publikowania literatury w odcinkach. Może warto o tym porozmawiać z polskimi pisarzami, których interesuje ten wątek pogranicza?

Sądzę, że zawartość gazety należy dopasować do oczekiwań czytelnika. Czytelnikiem „DK” jest Polak mieszkający na Ukrainie i to jest zarówno przedstawiciel polskiej mniejszości, dla którego jest bardzo ważny kontakt z żywym słowem polskim i z językiem, zaś z drugiej strony „DK” czytają Polacy, oddelegowani tu przez swoje instytucje z Kraju albo prowadzący interesy na Ukrainie.

Jeszcze jedno. Właśnie czytelników skierowanych z Polski do pracy nad Dniepr z pewnością zainteresuje podana w strawnej formie tematyka ekonomiczna, nowości o polskim biznesie na Ukrainie albo o współpracy gospodarczej między naszymi krajami.

- Przepraszam, myśmy w swoim czasie mieli rubrykę pt. „Nie zwlekaj - interes czeka!”, którą przez kilka lat prowadził Wojciech Cackowski, dzisiaj pałeczkę w tej niszy przejął Mikołaj Oniszczuk. Ale zamierzamy rozszerzyć ten temat - być może przy wsparciu Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji działającego przy ambasadzie oraz Polsko-Ukraińskiej Izby Handlowej.

- Warto też pomyśleć, żeby „DK” rozpowszechnić w Polsce, docierać z nim do struktur w poszczególnych regionach. Może przygotowywać specjalne numery monograficzne wspierane przez jakichś dobrodziei, może oddać rubrykę dla redagowania młodzieży?

- Próbowaliśmy swoim czasie. Ukazało się kilka numerów młodzieżowego suplementu „Ogniwo”, sprawa niestety ucichła, cóż, „słomiany ogień”… Nie tracimy jednak nadziei. Dobrym zwiastunem jest obecna współpraca ze Stowarzyszeniem Młodzieży Polskiej w Żytomierzu.

Ale wracając do tematów wiecznych - życiorys którego z twórców literatury zna Pan najlepiej?

- Czy ja wiem, mnie od lat licealnych zawsze towarzyszył Melchior Wańkowicz - człowiek kresowy, legenda, zresztą przez samego siebie wykreowana. Z ukraińskich Polaków-pisarzy zawsze mnie fascynował Sadyk Pasza, czyli Michał Czajkowski, akcja powieści którego toczy się na Ukrainie.

Z przeciwległego krańca i językowego, i literackich zainteresowań (urodziłem się w Wielkopolsce, ale wychowałem na Warmii i Mazurach) wielką estymą darzę niemieckiego pisarza urodzonego na Mazurach właśnie, Ernsta Wiecherta (1887-1950). Był to syn leśniczego spod Mrągowa na Mazurach, przeżył piekło okopów na wielkiej wojnie, za swoją obronę humanistycznych i chrześcijańskich wartości w III Rzeszy trafił do Buchenwaldu. W swoich książkach bardzo pięknie opisuje przyrodę, ludzi. Często krytycznie przeciwstawia XX-wiecznej miejskiej cywilizacji - co mi kiedyś szalenie imponowało – „proste życie” bliskie natury, rodziny, tradycji.

Jest też taki zupełnie rewelacyjny pisarz, Julian Wołoszynowski (1898-1977). Jego „Opowiadania podolskie”, usytuowane na przełomie wieków w Mohylowie, Czerniowcach, Odessie, Krasnem i na Pobereżu, moim zdaniem nadają się do przedruku w „DK”. Wśród autorów, którzy mnie w jakimś stopniu ukształtowali, jest warszawski dziennikarz i pisarz, bibliofil i erudyta Władysław Zambrzycki, z jego pełną uroku „Kwaterą bożych pomyleńców”.

- A gdyby tak wieczorem w Pana sypialni pojawił się nagle kosmita i poprosił coś do poczytania? Co by Pan tej istocie, która nie zna naszej cywilizacji, ale czyta we wszystkich językach, zaproponował z biblioteki naszego świata?

- Odpowiem tak. Kiedyś się mnie pytano, jaką książkę zabrałbyś na wyspę bezludną? Ja wziąłbym tam albo atlas świata, jako że lektura atlasu nigdy się nie znudzi…

- Podobno kolekcjonuje Pan mapy. Najstarszą czy najcenniejszą jest…?

- Mam mapę Ukrainy Mateusza Seuttera z początków XVIII wieku, kiedyś kupiłem ją w Niemczech za jakieś śmieszne grosze.

- Przepraszam, że przerwałem… a co by jeszcze Pan na tę wyspę wziął?

Encyklopedię. Natomiast, co bym mógł polecić kosmicie, który nie zna ziemskiej cywilizacji…? Na pewno nie poleciłbym mu Biblii ani mitów greckich, bo jest tam zbyt wiele okrucieństwa. Chociaż… całej Biblii na pewno mu bym nie polecił, ale Nowy Testament tak, lub też Psalmy, może nawet bardziej Psalmy niż Nowy Testament.

Lubi Pan Szopena?

Tak, ale nie mam jakiegoś szczególnie emocjonalnego stosunku do jego twórczości, chociaż przyznaję, że jeżeli jakiś utwór muzyczny wyciska mi z oczu łzy, to jest nim na pewno Polonez A-dur. Jeżeli chodzi o polskich kompozytorów, to chyba jednak jest mi najbliższy Karol Szymanowski, zresztą nasz ziomek z Ukrainy. Ze współczesnych kompozytorów ogromnie cenię Wojciecha Kilara.

A Szopen…? Cóż, o Szopenie się nie dyskutuje. Szopen to jak w literaturze Mickiewicz i w sztuce Matejko. Bez Fryderyka Szopena nie bylibyśmy takimi Polakami, jakimi jesteśmy.

- Zbliża się kolejny zjazd Związku Polaków na Ukrainie. Z jakimi życzeniami, czy radami zwróciłby się Pan do delegatów tego Zjazdu?

- Bardzo ciężko jest urzędnikowi doradzać coś organizacji społecznej. Organizacja pozarządowa jest mądra mądrością swoich członków i silna siłą skupionych w sobie organizacji terenowych.

Jeżeli o coś mógłbym prosić delegatów na zjazd takiej organizacji, to o to, by trwali przy sobie nawzajem, dzielili się swoją mądrością, żeby byli dla siebie nawzajem zrozumiali i żeby byli zrozumiali dla wszystkich tych, z którymi współpracują: dla innych organizacji, dla urzędników polskich i ukraińskich; aby ich praca społeczna zawsze była dla nich źródłem radości i satysfakcji i aby pamiętali, że pracują nie dla siebie, tylko pracują dla Polski. Pracują dla cieniów swoich przodków, którzy kiedyś znaleźli się tu na Ukrainie, i pracują dla swoich dzieci, wnuków i prawnuków, które tu na Ukrainie będą żyć. Niech pamiętają, że są depozytariuszami czegoś wielkiego.

Niechaj też wiedzą, że my - polskie władze, instytucje, organizacje jesteśmy po to, żeby ich pracę wspierać. W pracy ich oczywiście nie wyręczymy, ale mogą i powinni oczekiwać od nas wsparcia.

- Na jakie pytanie - które nie padło - chciałby Pan jeszcze odpowiedzieć?

- Na pewno nie chciałbym być zapytany o to, co mi się na Ukrainie nie podoba, wolę pytanie o to, co mi się tu podoba. I to jest pytanie, na które odpowiedzi udzielę w oparciu o moją 31-letnią znajomość z Ukrainą, gdyż pierwszy raz na Ukrainie, wtedy jeszcze sowieckiej, znalazłem się jako 11-letni chłopak w 1979 roku.

Otóż podoba mi się krajobraz, szeroka panorama i to wspaniałe niebo, obojętnie czy stoję nad podolskim jarem, czy na podkijowskiej równinie - niebo, które jest samo w sobie jak obraz. To piękne, że ukraińskie niebo jest na ukraińskiej fladze, będąc symbolem państwa. Na Ukrainie podobają mi się ludzie, którzy są serdeczni, pracowici, którzy dbają o przyszłość swoich dzieci, są niebywale życzliwi i gościnni…

To cecha nie tylko Ukraińców, ale wszystkich narodowości zamieszkujących Ukrainę. Ukraina ma w sobie coś takiego, że sobą zaraża, czyli jeżeli ktoś z Ukrainą się blisko zetknął, to już ta „szerokość duszy” w nim pozostaje. Kiedy patrzę na moich kolegów, dyplomatów z innych krajów przebywających dłużej na Ukrainie, widzę, jak są otwarci na tę ziemię. Jest kilka krajów, w których Polak może czuć się jak u siebie, mimo że jest poza ojczyzną. Ukraina do nich należy. Pracując w Monachium czułem zawsze, że jestem za granicą, a tu na Ukrainie nie mam tego wrażenia. Podobnie czuję się np. na Węgrzech i na Litwie. Ludzie, krajobraz, zwyczaje, kuchnia – wszystko to powoduje, że nam, Polakom, jest tu jak u siebie.

Jadąc w podróż lubię się czasem gdzieś zatrzymać, zejść z drogi w las albo łan zboża, tak sobie popatrzeć i posłuchać szumu wiatru. Jest to niebywale piękny kraj położony we wspaniałej części Europy: jestem dumny, że od lat łączy go z Polską strategiczna współpraca. Kraj posiadający ogromny potencjał drzemiący w ukraińskiej ziemi, w sercach mieszkających tu ludzi, przed którym stoi wielka przyszłość. Tylko, że jest ona w rękach samych mieszkańców Ukrainy, którzy powinni pomyśleć, jak ten potencjał rozbudzić. Taka myśl się musi urodzić w Kijowie, w Doniecku, we Lwowie. Nigdzie indziej.

- W imieniu Redakcji i Czytelników serdecznie dziękuję za niezwykle miłą rozmowę. Pomyślności!

Pytania zadawał Stanisław PANTELUK

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України