Dziś: wtorek,
24 listopada 2020 roku.
Przegląd do nr 628 – listopad 2020 r.
Witryna
1. EDYCJA KONKURSU REPORTAŻU RODZINNEGO IM. MIROSŁAWA ROWICKIEGO

Konkurs, ogłoszony przez Amba­sadę Rzeczy­pospolitej Pol­skiej w Kijowie, dobiegł końca. Z grona zgłoszonych do konkursu autorów prac wyłonieni zostali utalentowani zwycięzcy. Komisja konkursowa miała niełatwe zadanie i po wszechstronnej analizie prac zwróciła się do tegorocznych i przyszłych uczestników Konkursu z następującym posłaniem i uzasadnieniem werdyktu:

W 102. rocznicę odzyskania Niepodległości przez Rzeczpospolitą Polską oddajemy w szczególny sposób hołd tym, którzy przed nami o Polskę walczyli, Polskę budowali, za wierność Polsce, językowi polskiemu i wierze cierpieli prześladowania. W tym celu powołaliśmy do życia konkurs reportażu rodzinnego dla młodzieży. Naszym pragnieniem jest zachować w rodzinach pamięć o przodkach, umocnić więź między pokoleniami, zachęcić dzieci i wnuków do wsłuchania się w słowa rodziców i dziadków. Chcielibyśmy także zachować wspomnienie o wspaniałym człowieku, który swoje życie poświęcił dialogowi, także polsko-ukraińskiemu – zmarłemu w lipcu Mirosławowi Rowickiemu, wydawcy „Kuriera Galicyjskiego”. Dlatego nasz konkurs nosi jego imię.

Pozostajemy pod wrażeniem autorów i autorek nadesłanych prac. Pomimo utrudnień, spowodowanych pandemią koronawirusa i stresu, związanego z rozpoczęciem nowego roku szkolnego, otrzymaliśmy reportaże rodzinne z całej Ukrainy: Lwowa, Żytomierza, Odessy, Melitopola, Kijowa, Zaporoża oraz innych miast i miasteczek. Wśród autorów dominują piętnastolatkowie. Wszystkie prace zasługują na uznanie i zapadły nam – z różnych powodów – w pamięć. Jednak nie wszystkich możemy nagrodzić, bo nagroda musi coś oznaczać, musi być wyjątkowa.

Nagrody i wyróżnienia przyznaliśmy autorom reportaży, którzy opisali nie tylko opowiedziane im przez bohaterów historie, ale także charakter łączącej ich więzi i okoliczności powstania relacji. Konkurs im. Mirosława Rowickiego gromadzić ma bowiem opowieści rodzinne, sąsiedzkie, lokalne – nie prace naukowe. Dodatkowo doceniliśmy dociekliwość młodych kandydatów na reporterów – a więc to, że dopytywali swoich bohaterów o mniej zrozumiałe szczegóły, chronologię wydarzeń, pokrewieństwo między poszczególnymi osobami, treść zdjęć i pochodzenie dokumentów. Nagrodzeni i wyróżnieni nie ograniczyli się do zanotowania cudzych słów i dołączenia skanów. Doceniliśmy zaangażowanie, pomysł na przedstawienie tematu i samodzielność. Zdajemy sobie też sprawę, że w przygotowaniu Waszych prac wspierali Was opiekunowie merytoryczni: członkowie rodziny, nauczyciele, przedstawiciele stowarzyszeń polonijnych. Dziękujemy Państwu za zaangażowanie.

Tym razem wszystkie nadesłane prace miały formę tekstową. Przypominamy jednak, że przyjmujemy także reportaże dźwiękowe i wideo. Najważniejszy jest autorski charakter tych prac, nie ograniczajcie się zatem do włączenia i wyłączenia dyktafonu lub kamery. Stwórzcie scenariusz, szukajcie dokumentów, dopytujcie, dopytujcie i jeszcze raz – dopytujcie. I nie zapominajcie o własnym komentarzu.

Wszystkim uczestnikom 1. edycji Konkursu im. Mirosława Rowickiego serdecznie gratulujemy, przesyłamy dyplomy i drobne upominki. Na zawsze zapisaliście się w historii tej przygody jako pionierzy. Już nigdy przecież nie odbędzie się pierwszy konkurs. Zachęcamy Was także do udziału w kolejnych edycjach – dopóki nie osiągniecie pełnoletności. Pamiętajcie jednak, że przyjmujemy wyłącznie prace oryginalne. Spróbujcie zatem wziąć pod uwagę opisane wyżej cechy prac nagrodzonych i wyróżnionych. Spróbujcie odnaleźć w rodzinie lub po sąsiedzku nowy wątek z przeszłości. I przede wszystkim, jeszcze uważniej wsłuchujcie się w to, co Wasi najbliżsi mają do opowiedzenia. Warto ich słowa zachować dla nas wszystkich. Czekamy na Wasze nowe reportaże!

W 1. edycji Konkursu Reportażu Rodzinnego im. Mirosława Rowickiego (2020) wyróżniliśmy Aleksandrę Bakalińską z Kijowa oraz Ilję Kuziwa i Sewil Memetową z Melitopola.

III miejsce zajął Maksym Zabołotny z Zaporoża za pracę o swoim pradziadku Włodzimierzu Dubickim.

II miejsce zajęła Wiktoria Bagińska z Żytomierza za pracę o swoim prapradziadku Florianie Weselskim i jego potomkach.

I miejsce zajął Ostap Hnat ze Lwowa za pracę o prababci Marii.

Wszyscy wyróżnieni i nagrodzeni otrzymają specjalne dyplomy oraz prenumeratę on-line popularnonaukowego pisma historycznego. Nagrodzeni otrzymają także tablety. A zwycięzca dodatkowo wystąpi na łamach „Dziennika Kijowskiego” – gazety czerpiącej z dziedzictwa kijowskich Polaków początku XX wieku.

KOMISJA KONKURSOWA

Bartosz Cichocki, Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej na Ukrainie

Monika Kapa-Cichocka, małżonka ambasadora

Robert Czyżewski, dyrektor Instytutu Polskiego w Kijowie

O. Mariusz Krawiec, Katolicki Program Radiowy we Lwowie

Stanisław Panteluk, redaktor naczelny „Dziennika Kijowskiego”

Jacek Gocłowski, konsul, sekretarz jury.

***

Wkrótce po ogłoszeniu wyników poprosiliśmy o kilka słów laureata naszego Konkursu Ostapa Hnata.

- Ostapie, przede wszystkim gratulujemy wygranej w naszym konkursie. Przyznać należy, że zadziwiłeś Jury swoim zaangażowaniem i kreatywnością w pozyskiwaniu i opracowaniu informacji o swoich przodkach.

- Dziękuję, taka ocena jest dla mnie miłą niespodzianką.

- Powiedz, proszę, parę słów o sobie.

- Mam na imię Ostap, mam 14 lat i jestem uczniem 9 klasy ukraińskiego Liceum nr 93 we Lwowie.

- Szkoła ukraińska, więc skąd tak dobra znajomość języka polskiego?

- Jak już wiecie mam polskie korzenie, a ponadto od trzech lat uczęszczam do szkoły sobotnio-niedzielnej w Centrum Kulturalno-Oświatowym „Orzeł Biały”, przy którym działa ośrodek nauki języka polskiego.

- Zapewne nie tylko znajomość języka tam doskonalisz?

Tak, oprócz języka, prowadzone są tam lekcje z nauk przyrodniczych, geografii, biologii, wiedzy o środowisku. Uczestniczę też w uroczystościach poświęconych obchodom świąt państwowych i religijnych. Co roku w dniu 1 listopada razem z uczniami i nauczycielami „Orła Białego” włączam się do akcji „Światełko Pamięci” na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.

- Sądząc z Twego udziału w konkursie lubisz uczestniczyć w przedsięwzięciach z elementami rywalizacji.

- Tak z wielką chęcią uczestniczę w konkursach powiązanych ze znajomością języka i kultury polskiej. Mam także wiele innych zainteresowań. Gram w tenisa, uwielbiam czytać książki.

-  A co jest twoim marzeniem?

- Chcę związać swoją przyszłość z Polską i prócz tego moim marzeniem jest odwiedzić wszystkie kraje europejskie.

-  A zatem z całego serca życzymy spełnienia marzeń i zapraszamy na szpalty naszego pisma.

M A R I A,  C Ó R K A   L U L I I     

Mam ma imię Ostap, mieszkam we Lwowie i mam 14 lat. Ja i moja rodzina żyjemy poza Polską i chociaż nie mamy polskiego obywatelstwa, to podtrzymujemy kulturę i tradycje polskie. Szanujemy jej historię, obchodzimy polskie święta narodowe, w rodzinnym gronie rozmawiamy po polsku. Utrzymujemy też stały kontakt z naszymi przyjaciółmi i krewnymi, którzy mieszkają w Polsce i dzięki temu kultywujemy swoją polskość. Dla nas nie liczy się terytorium, na którym mieszkamy, tylko to kim się naprawdę czujemy.

Opowiem historię swojej rodziny. Główną bohaterką mojej opowieści będzie moja prababcia Maria, bo to właśnie ona przez wiele lat sprawia, że jesteśmy wspaniałą, przyjazną polsko-ukraińską rodziną, w której wszyscy kochają się i szanują, cieszą się ze swoich sukcesów i wspierają nawzajem w trudnych czasach. Dzięki prababci uświadamiam sobie i odczuwam przynależność do narodu polskiego i jestem z tego bardzo dumny.

Nie zapomniała kim jest, zachowała swoją polskość…

Prababcia mojej mamy Antonina Rozpendowska(mama mojej prababci Marii) urodziła się w roku 1908 we wsi Radochońce w rejonie mościskim obwodu lwowskiego. Wyszła za mąż za pradziadka Jana Rozpendowskiego, który pochodził ze wsi Grodzisko (tam urodził się w 1903 roku) w rejonie starosamborskim także należącym do obwodu lwowskiego. Po ślubie praprababcia przeprowadziła się do Grodziska, gdzie mieszkała już przez całe życie. Wspomnienia o prababci pozostały w sercu mojej mamy i zawsze, kiedy ją wspomina, w jej oczach pojawiają się łzy, bo przypomina sobie ciepły uśmiech „Lulii” i jej pełne miłości spojrzenie.


Prababcia mojej mamy „Babcia Lulia” z
mężem Janem(1958)

„Lulia” - tak mama nazywała swoją prababcię, ponieważ kiedy kołysała jeszcze malutką mamę, często śpiewała kołysankę „Lulaj”. Właśnie dzięki prababci moja mama uzmysłowiła sobie, że rośnie w polskiej rodzinie. Prababcia nie rozmawiała po ukraińsku, a tylko po polsku, dzięki czemu mama podczas wakacji u niej spędzanych zaczęła poznawać język ojczysty prababci. To ona po raz pierwszy zaprowadziła mamę do kościoła i nauczyła modlitw „Ojcze nasz” oraz „Zdrowaś Maryjo”.

Moja praprababcia miała dwie córki Marię (to moja prababcia) i Katarzynę. W czasach Związku Radzieckiego Katarzyna wyjechała do Polski i obecnie ze swoją dużą rodziną mieszka w Zgorzelcu. Natomiast prababcia Maria pozostała w rodzinnej miejscowości, by opiekować się swoimi rodzicami. Żyjąc najpierw w Związku Radzieckim, a z czasem w niepodległej Ukrainie, prababcia potrafiła zachować w swoim sercu swoją ojczyznę – Polskę. Pomimo odległości nie zapomniała kim jest, zachowała swoją polskość.

Bardzo kocham moją prababcię, bo to ona swoimi opowieściami, wspomnieniami, świątecznymi tradycjami, a także smacznymi pierogami i żurkiem odkryła dla mnie Polskę. Pewnego razu podczas porządków znalazła gdzieś daleko w szafie swój „Elementarz”. Od tej pory zacząłem poznawać język polski, a podręcznik babci stał się dla mnie niemal relikwią.

Jak to dobrze, że jeszcze istnieją takie albumy…

Kiedyś, w któryś z deszczowych dni, strasznie się nudziłem i przypomniałem sobie o ukrytym w szafie „skarbc” mojej babci. Postanowiłem go przeszukać, by znaleźć jeszcze coś ciekawego. I znalazłem… albumy ze zdjęciami. Prababcia uśmiechała się promiennie, widząc, że przypatruję się starym czarno-białym fotografiom moich przodków. Po chwili ze swojego pokoju przyniosła jeszcze jeden stary album. Usiadłem obok niej i z zainteresowaniem zacząłem przyglądać się zdjęciom, z których patrzyły na mnie uśmiechnięte dziewczyny i radośni chłopcy, poważni mężczyźni w wojskowych mundurach i piękne panie w eleganckich ubraniach. Niektóre zdjęcia były lekko zniszczone i przybrudzone.


Moja prababcia Maria po lewej stronie (1945 r.)

Kiedy prababcia Maria opowiadała mi o losach tych bliskich i drogich jej ludzi, wspomnienia wypełniły jej oczy jakimś światłem. Kontynuowała swoją opowieść... A mnie się wydawało, że jestem w wehikule czasu i przeniosłem się w przeszłość, jak w filmie fantasy. Tam moja prababcia była dziesięcioletnią dziewczynką, ubrana w białą sukienkę, bo przygotowywała się do jednego z najważniejszych wydarzeń w życiu każdego katolika – Komunii Świętej.

Na pewno tego dnia głośno śmiała się i biegała z innymi dziećmi po kościelnym podwórku. Uroczystość ta odbyła się w Nowym Mieście w kościele Św. Marcina, którego proboszczem był ks. Jan Bolesław Szetela. Dla prababci był on prawdziwym bohaterem, bo nie opuszczał swoich parafian w czasach największego niebezpieczeństwa. Proboszcz od razu zdobył serca wielu ludzi, tych starszych i tych młodszych, a szczególnie dzieci. Ksiądz Jan ciekawie prowadził lekcje religii, które były przeplatane interesującymi historyjkami wziętymi z życia. Miał też zwyczaj chodzenia uliczkami Nowego Miasta z pojemniczkiem pełnym cukierków(ponieważ kieszenie już nie wystarczały, a cukierków zawsze miał dużo) i częstował nimi dzieci. Zawsze był uśmiechnięty i pogodny, miał duże poczucie humoru, uwielbiał żartować. Był niezwykle wrażliwy na krzywdę sumienny i pomocny. Dawał biednym rodzinom pieniądze, które dostawał podczas bożonarodzeniowych kolęd.

Proboszcza aresztowało NKWD…

Kiedy ustalono nową granicę pomiędzy Niemcami i Związkiem Radzieckim Nowe Miasto znalazło się w rosyjskiej strefie okupacyjnej. Ksiądz Szetela, przebrany za woźnicę, przewoził przez granicę do Przemyśla Polaków, którzy opuszczali rodzinne strony. Sam jednak zdecydował, że zostaje, chociaż wiedział, czym mu to grozi. Proboszcza aresztowało NKWD, otrzymał wyrok 10 lat łagrów, konfiskatę mienia, 5 lat zsyłki i pozbawienie praw obywatelskich na 5 lat.

Nowomiejscy parafianie nie zapominali o swoim księdzu. Mimo licznych trudności, które sami przeżywali, wysyłali niewielkie paczki z żywnością, pisali do niego listy. Po śmierci Stalina sytuacja w państwie nieco się zmieniła. Właśnie wtedy wyrok ks. Jana został zweryfikowany. Ksiądz Jan Szetela po raz kolejny miał możliwość wyjazdu do Polski i po raz kolejny zdecydował, że zostanie w Nowym Mieście, ponieważ dużo Polaków było na tych terenach, a księży, niestety, coraz mniej. W nocy pełnił też posługę kapłańską: do okna plebanii pukali wierni z okolic, żeby ksiądz ochrzcił dziecko lub udzielił ślubu.

Babcia wspomina, że podczas uroczystej mszy w świątyni zawsze pięknie brzmiały stare organy. Dźwięki tego instrumentu tworzyły magiczną atmosferę, którą odczuwali wszyscy tam obecni. Bardzo chciałbym kiedyś usłyszeć dźwięk organów w tym kościele, ale instrument od dawna milczy. Wierzę, że w najbliższej przyszłości pojawi się ktoś, kto „obudzi” i przywróci do życia ten instrument.

Na jednym ze starych zdjęć widzę w grupie dzieci prababcię Marię, a w jej rękach pamiątką z Pierwszej Komunii Świętej. Takie samo zdjęcie oprawione w drewnianą ramkę od wielu lat wisi na honorowym miejscu w jej domu. To niewiarygodne, że ma ponad 70 lat! O tym jak ważna jest to pamiątka dla babci świadczy fakt, że przez wiele lat ta pamiątka nie opuszcza swojego miejsca. Rozumiem też dlaczego moja prababcia, kiedy jest w kościele, zawsze modli się przy pamiątkowej tablicy poświęconej księdzu Janowi Szeteli.


Ko
ściół św. Marcina w Nowym Mieście. Pierwsza Komunia święta mojej prababci Marysi (1945 r.)

Przeglądając strony albumów ze zdjęciami, prababcia niejednokrotnie wracała do swojego dzieciństwa i młodości. Jak to dobrze, że jeszcze istnieją takie albumy.

Prababcia Maria wyszła za mąż za mojego pradziadka Romana. Choć pradziadek był Ukraińcem, miał wielki szacunek do polskich tradycji i nie tylko nie zabraniał, ale wręcz przeciwnie, wspierał prababcię w ich zachowaniu.


Prababcia Maria i pradziadek Roman. Pradziadek wrócił z wojska(1955 r.)


Prababcia Maria I pradziadek Roman(1956 r.)

Święcimy kredę, kadzidło i wodę…

W naszej rodzinie obchodzimy wszystkie święta religijne w dniach, w których świętują je wszyscy Polacy na świecie. Siadamy do tradycyjnego stołu wigilijnego, prababcia jako najstarszy członek naszej rodziny rozpoczyna modlitwę, potem łamiemy się opłatkiem, razem śpiewamy kolędy i zawsze zaczynamy od naszej ulubionej - „Wśród nocnej ciszy”.

W Wielką Sobotę chodzimy do kościoła ze święconką, którą dzielimy się podczas wielkanocnego, uroczystego śniadania. Święcimy kredę, kadzidło i wodę obchodząc uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli święto Trzech Króli, a prababcia poświęconą kredą wypisuje na drzwiach mieszkania C+M+B.

Prababcia Maria wspomina: „Boże Narodzenie świętowało się w rodzinie cichutko, ale ze śpiewaniem kolęd, z tradycyjnymi potrawami. Chodziliśmy na pasterkę. Wychodziliśmy na nią wcześniej, by nikogo znajomego nie spotkać. Dożyliśmy do tego, że już się nie boimy i to też jest szczęście”.

A dla mnie szczęściem jest to, że moja prababcia, która ma teraz 85 lat, żyje i ma się dobrze i co weekend z uśmiechem spotyka mnie przy bramie. Naprawdę chcę, żeby prababcia witała mnie tak jeszcze przez wiele lat.

Ostap HNAT
(P.S. Niektóre informacje ks J.B. Szeteli zaczerpnięte zostały z parafialnych dokumentów, ogólnie dostępnych).


Zdjęcie rodzinne.
W pierwszym rzędzie w centrum: Rozpendowska Antonina i Jan; w drugim rzędzie od lewej: Maria(moja prababcia) z mężem Romanem i jej siostra Katarzyna z mężem Bolesławem, dzieci których - Andrzej i Bożena - mieszkają teraz w Zgorzelcu.

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України