Dziś: piątek,
24 września 2021 roku.
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Historia
Polskie historie
IKONKA OSTATNEGO KAPŁANA WOŁYNIA

Rzeczą niezwykle ważną rzeczą jest to, aby każda osoba znała historię swojej rodziny - kim jest, skąd pochodzą jej przodkowie. Często w rodzinie pieczołowicie przechowywane są małe rodzinne drogocenne dla pamięci artefakty rodowe. Przekazywane są one z pokolenia na pokolenie, z dziadka na wnuka i tak dalej, bez końca…

Ta niewielka ikonka pobywała niemal w każdym zakątku naszego globu: w Polsce, Francji, USA, Argentynie, Włoszech, Hiszpanii i oto wreszcie w Wielkiej Brytanii. Ciotka, przekazując ikonkę siostrzeńcowi udobitniała :„Jeśli źle się poczujesz, gdziekolwiek będziesz, pokaż tę ikonę każdemu Polakowi, a on ci pomoże!?”.

W Argentynie było mi naprawdę bardzo źle, wydawało się, że nie ma wyjścia - brak pracy, mieszkania, inne kłopoty. Wtedy pomogło mi grono wierzących - polska diaspora w Ameryce Łacińskiej, jedna z największych na świecie. Udało mi się nawet spotkać z Ambasadorem Polski. Znalazłem pracę, mieszkanie, i jak to mówią - wszystko się ułożyło.

Czym jest to duchowe sanktuarium, które miało i ma tak wielką moc? To ta niewielka katolicka ikonka podarowana dziadkowi Janowi (Iwanowi) jeszcze w 1968 roku - jak to wymownie opisuje inskrypcja na jej odwrocie, z błogosławieństwem mnicha - kapucyna, zwanego potocznie „ostatnim kapłanem Wołynia” - Serafina Koszuby.

Wielkiego kaznodzieja można było spotkać zarówno w północnym Kazachstanie, jak i w lasach Wołynia, gdzie Jan pracował po oswobodzeniu z Gułagu począwszy od 1956 roku. W obozach przebywał od 1937 roku, dwukrotnie prowadzony na egzekucję, raz sfingowaną - takie wtedy były tortury, celem osiągnięcia zamierzonego efektu. Nie zgadzasz się - kop jamę po kolana i dostaniesz kulę w potylicę. W czasie wojny, aby wydostać się z tego sowieckiego piekła i ocalić swoją rodzinę, która w większości znajdowała się gdzieś na wygnaniu w Kazachstanie, zaczęto masowo zaciągać się do armii gen. Andersena.

Jan nie poszedł do wojska - był już za stary (urodził się w roku 1886). Zanim przeszedł wszystkie wojny, dwukrotnie został ranny, ale rodzinę tam swoją zapisał. Przyszło mu się nawet osobiście porozmawiać z generałem i ten obiecał przeprawić rodzinę do Włoch.

I oto w Kazachstanie na pocztę we wsi Kellerowka nieoczekiwanie dotarł pieniężny przelew – być może dzięki samemu generałowi. Kwota była wystarczająco duża, aby dostać się do punktu zbiorczego, ale niestety.  Jedna z córek, Brigida, która stała się zapiekłą członkinią Komsomołu i była skrajnie zniewolona przez sowiecką propagandę, powiedziała, że ​​zdradzi wszystkich, jeśli tylko ktoś z rodziny podda się na ten apel.

A do tego czasu wszyscy przeżyliśmy okropności, co niemiara.   Jak tylko przywieziono nas do Kazachstanu, wyrzucono nas na środek stepu i powiedziano - kopcie ziemianki, tam będzie wam cieplej. Ziemiankę ogrzać można było tylko paląc kiziakami (suchym obornikiem) jedynym paliwem w zimie…

Kto nie zdołał się ocieplić nie wytrwał. Na północy kazachskich stepów zimy są piekielnie surowe. Nocami wyją wilki, a i ludzie stają się wilkami. Polacy jednak pomagali sobie, jak tylko mogli. Było jeszcze jedno niebezpieczeństwo, zbłądzić wieczorem na stepie – wtedy, jak mówiono – „ i kości nie znajdziesz, wilki je zjadły”. Modlili się do Boga przed tą malutką ikonką Koszuby - i przeżyli…

Los przesiedleńców polskiego pochodzenia był nieprosty. Wielkim szczęściem było znalezienie niezgorszej pracy. I Izabella miała takie szczęście - gotować w jadalni. To nic, że przed zesłaniem ​​mieszkała w 12-pokojowym domu z salą taneczną dla trzydziestu par - wszystko to zostało tylko we wspomnieniach z przeszłości. Dobrze, że przynajmniej mama nauczyła ją dobrze gotować.

Ale pewnego dnia znalazła się w wielkim niebezpieczeństwie. Przyjechał inspektor z organów władzy. Major NKWD (Kirgiz z pochodzenia), wskazał palcem i zapytał: „Cóż ty, żono wroga ludu, tak ugotowałaś barszcz, że łyżka w nim stoi. Czy można mieć współczucie do wrogów, którzy odsiadują nasze wyroki?”. Izabellę uratował inny naczelnik, który przeniósł niewyżytego sługę reżimu na inny obszar.

Każda polska rodzina ma swoją historię i swoją bezcenną rodzinną pamiątkę. Gościłem kiedyś w innej polskiej rodzinnie. Zwykła rozmowa: o represjach, wygnaniu, narodzinach dzieci na Syberii i tu… dostrzegam, że na starym formularzu aktu chrztu w kościele katolickim ani słowa!? „To - mówi właściciel dziwnego dokumentu - mnie ochrzczono. W prawdziwym kościele katolickim, i nawet w Polsce, na granicy z Czechami”. Pytam, dlaczego bez odpowiedniej adnotacji? „Wtedy było to niemożliwe – usłyszałem w odpowiedzi - za chrzest prześladowano. Gdyby się dowiedzieli, nie tylko dostałbym po łbie, zwolniono by mnie z pracy, lecz i zainteresowały się by tym odpowiednie władze. Mego ojca rozstrzelano na Syberii, a ja urodziłem się na dalekiej wyspie Sachalin, bez prawa powrotu. Była i takie sytuacje…”.

Ale to już inna historia z życia przedstawiciela polskiej rodziny, która przeżyła.

Ciąg dalszy nastąpi…

Wadim JOPEK

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України