Dziś: poniedziałek,
15 lipca 2024 roku.
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Aktualności
Chmielnickim w Czterech Pancernych. O percepcjach polsko-ukraińskich (1)

Istnieje u nas coś w rodzaju milczącego założenia, wedle którego ukraińskie wyobrażenia na temat Polaków powstają na zasadzie dychotomicznego dopełniania, ewentualnie drobnego majstrowania przy konstrukcjach mentalnych budowanych vice versa. Spieszę wytłumaczyć, co mam na myśli. Otóż jeśli, przykładowo, w rodzimych narracjach przewija się figura Ukraińca – przedstawiciela narodu chłopskiego, to niezależnie od stopnia prawdziwości tej kliszy, jej bohater ma – zdaniem niektórych – dwie drogi do wyboru.

Może wykształcić obraz potomka polskiego pana, który nawet jeśli nie reprezentuje sił ciemności rodem z sowieckiej propagandy, to jednak wpisuje się w biegun dubeltowej, społeczno-narodowej dialektyki w obszarze sąsiedztwa. „Polski pan” w oczach Ukraińca dopełniałby więc tu mapę etniczną, dajmy na to, Galicji Wschodniej, w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku – tak samo, jak dzieje się to w sytuacji odwrotnej.

Z powodzeniem jednak ów Ukrainiec, twórca stereotypu Polaka, jest władny stworzyć imaginarium, w którym kwantyfikatory ulegają spłaszczeniu („wy jesteście jednak po trosze „chłopami”, a my do pewnego stopnia „szlachtą”, czyli wolnymi Kozakami). Gdyby bowiem upierać się przy czystości stanowej, trzeba by z narodu, na pewno zaś z panteonu, wyrzucić Chmielnickiego, co swoją drogą być może nastąpi już wkrótce, ale nie za szlachectwo i naukę w kolegium Jezuitów, a za ugodę perejasławską – symbol propozycji politycznej przekreślonej wyraźnie w roku 2014, a ostatecznie – po 24 lutego 2022.

Takie tłumaczenie jest jeszcze do przyswojenia dla polskiego ucha, a to dlatego, że w grze pozostają zrozumiałe dlań kategorie. Tym bardziej, że zgodnie z pewną niemądrą wykładnią – fenomen Kozaczyzny stanowił po prostu efekt polskiego zbiegostwa na wschód. Jeśli więc w „Ogniem i mieczem”, Skrzetuski, uratowawszy Chmielnickiego z rąk oprychów, pyta go, czy-li ze szlachcicem ma do czynienia, a tamten odpowiada: „Jestem Zenobi Abdank herbu Abdank z krzyżykiem”, by ostatecznie podać wersję prawdziwą: „[Abdank – ] … klejnot mój… [nazywam się] Bohdan Zenobi Chmielnicki”, to czytelnicy nie odnoszą wrażenia, jakoby bohater podszywał się pod herbowego, a jedynie, że ukrywa tożsamość.

Gdyby jednak gdzieś nad Wisłą przedłożyć koncept, niemieszczący się w wyżej zakreślonych granicach, doszłoby wówczas, mam wrażenie, do aporii. Nie trzeba wcale jego nosicieli szukać daleko, choć w odpowiedniej grupie wiekowej, powiedzmy: osób urodzonych ~ r. 1960. Jeśli postawić im pytanie wstępne: „Z jakimi postaciami asocjujesz Polskę”?, odpowiedzi będą zawierały 2-3 spośród poniższych postaci (realnych i fikcyjnych): Barbara Brylska, Anna German, Stanisław Lem, Bolesław Prus oraz – w charakterze perły poloników na zagranicznych występach – … „Czterej pancerni i pies”. Przy czym mówimy tu nie o sierotach po komunizmie, ale o błękitno-żółtych patriotach par excellence.

Jak to?! – krzyknie ktoś – przychodzą wam do głowy niemal wyłącznie postaci rodem z głębokiego PRL, przez PRL hołubione jako domniemani sojusznicy (Prus), a niekiedy całkiem mocno w tenże PRL uwikłane, by wskazać chociażby twórców Szarika i sympatyczną załogę „Rudego” z Jankiem Kosem na czele? (Pamiętam, jak w kontekście niezłego serialu „Rojst”, próbowałem wytłumaczyć znajomemu Ukraińcowi, skąd może kojarzyć Janusza Gajosa. „Zemsta” – nie, „Szwadron” – nie, „Żółty szalik” – to wiadomo: niszowe. Nić porozumienia nawiązaliśmy dopiero przy „Czterech tankistach”. Ucieszyłem się zrazu, po czym melancholia jakowaś mnie dopadła…)

Bolesną bowiem wydaje się świadomość, że oto my, przez cały wiek XIX walczyliśmy „za waszą wolność i naszą”; nasz Rząd Narodowy, płacąc utratą poparcia wśród ziemiaństwa, osobnym dokumentem – Złotą Hramotą – nakazał natychmiastowe uwłaszczenie chłopów na Ukrainie, byśmy wreszcie, w czasach I Solidarności mogli podjąć tę sztafetę, ogłaszając Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej, które, jakkolwiek oszczędne w słowach, zdołało przestraszyć kremlowskich towarzyszy z Breżniewem na czele.

To może argument najpoważniejszy, czyli JP II? Nic z tych rzeczy. To odpowiedź na następne, sugestywne pytania. Wszyscy mówią, że jasne, że pamiętają, że zawsze pamiętali i słuchali. Tak tylko jakoś im się nie kojarzy. Nie ma w tym cienia pretensji. Polski papież w sowieckim froncie jedności przekazu, w prasie, radio, telewizji – złotej trójcy sprzed epoki szybkiego Internetu? Sowieciarze byli łajdakami, ale nie idiotami. Jasne, nasze zmagania z reżymem obserwowali i wspierali przedstawiciele Szisdesiatnyków, wśród nich Wasyl Stus. Ten ostatni pozostawił zresztą zapiski, w których wychwalał wolnościowego ducha, ożywiającego Polaków zrzeszonych w „Solidarności”. No tak, tylko, że mówimy tu o wąskiej elicie intelektualnej i moralnej – gotowej na czołowe zderzenie z systemem. Na „zwyczajną śmierć bez glorii/ uduszenie bezkształtem”, jak pisał Zbigniew Herbert.

Zresztą, bądźmy też uczciwi wobec siebie samych. Jakiej komemoracji doczekał się Stus od Polski? Jakiegoś skwerku na tyłach Urzędu Patentowego? O istnieniu którego wie paru zapaleńców? Lepsze to, niż nic. Ale z tą znajomością współczesnych ukraińskich znakomitości – i to naprawdę pisanych od dużej litery – jest u nas generalnie kiepsko. Nawet rok, półtora temu, gdy na fali podziwu dla walczącej Ukrainy, pojawili się w szerszej przestrzeni i Żadan, i Zabużko, serial „Sługa narodu”, i „Okean Elzy” – typowy popkulturowy miszmasz, ale też potencjalny punkt wyjścia do poznawczego skoku naprzód.

A jednocześnie tzw. eksperci od Ukrainy wylewają się u nas zewsząd: wszystkimi kanałami i o każdej porze. Otwierasz lodówkę – a tam ekspert od Ukrainy. Taki, co to nauczył się nazwisk pięciu polityków, z banknotów zapamiętał Mazepę, Hruszewskiego i Szewczenkę i z poważną miną – Frankowskiego Besserwissera – protekcjonalnym tonem udziela zbawiennych pouczeń  – po prostu wie lepiej, ponieważ jego wiedza jest zawsze komparatywna in plus. Co nie znaczy, że ekspertów w tej dziedzinie nie mamy – i to wybitnych. Ale są zalewani masą bylejakości, na którą w tej akurat kwestii nas nie stać

Pół biedy, gdyby problem kończył się na pozerstwie. Wracam pomału i okrężną drogą do mojej pierwotnej myśli. Już ograniczona funkcjonalność pojęć na temat tego, jak postrzegają nas Ukraińcy – a przecież mowa była tylko o pewnej grupie wiekowej – pokazuje, że znaczne quantum wiedzy trzeba jeszcze przyswoić. Ale i to nie wystarczy, by zapewnić trwałą meliorację stosunków polsko-ukraińskich, które potrafią pięknie zakwitnąć, ale – rzekłbyś – na krótko. Jak kwiat paproci…

CDN
Dominik Szczęsny-Kostanecki z Warszawy

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України