Dziś: poniedziałek,
15 lipca 2024 roku.
Pismo społeczne, ekonomiczne i literackie
Aktualności
Eurowybory i Sobór w Konstancji. O percepcjach polsko-ukraińskich (2)

W pierwszej części artykułu (nr 10/2024) starałem się zilustrować, na czym polegają tożsamościowe nieporozumienia między współczesnymi Polakami i Ukraińcami – jak rozmija się nasza auto-definicja z tym, jak postrzegają nas nad Dnieprem. Istota tej nieprzystawalności nie dotyczy tego, że obie nacje inaczej wartościują te same elementy jednego imaginarium, ale że w istocie istnieją różne imagninaria – i często nie zdajemy sobie z tego sprawy. To powiedziawszy, muszę jednak dodać: nil desperandum – rozpaczać nie należy! Zresztą, już w akapicie poświęconym naszemu żalowi z powodu niedoceniania Złotej Hramoty i Solidarności powstrzymałem się przed wyciąganiem daleko idących wniosków w rodzaju „I co? I nic?”. Nie jest bowiem tak, iż zieje tu ciemna otchłań niezmierzonej pustki…

Wydaje się, że odkrywanie przez Ukraińców własnej historii – w szczególności zaś wynajdywanie tradycji wskazujących na kurs kolizyjny z moscovią – osiągnęło niespotykaną dotąd intensywność. Towarzyszy temu zjawisko pokrewne, mianowicie cała ofensywa informacyjna Kijowa, dzięki której udało się osiągnąć najważniejsze: nikt, kto intencjonalnie nie wpisuje się w narrację Kremla nie powie, że Ukraina jest rosyjską przybudówką: Małorosją, zbuntowaną prowincją, kreacją Lenina, folklorem, czy pieskow-wie-czym. Nie ma! Skończyło się! Mogłem się o tym osobiście przekonać jakie 5000 kilometrów od Kijowa, na pewnym atlantyckim archipelagu – w miejscu, wydawałoby się, zobojętniałym, a może i gorzej nawet, bo licznie odwiedzanym przez moskiewską swołocz. Tubylcy wypowiadali się o Ukrainie nie tylko z sympatią i współczuciem, ale i w przekonaniu, że pogwałcono – mówiąc górnolotnie, choć zupełnie adekwatnie – jej „prawo do samostanowienia” – zasadę kojarzoną z Woodrowem Wilsonem, ale w rzeczywistości dużo starszą.

Dlaczego o tym wspominam? Przede wszystkim, by poruszyć pewną drażliwą kwestię. Jeśli sympatia dla Ukrainy w Zachodnim kręgu cywilizacyjnym się utrzyma – a tymczasem niewiele wskazuje na to, by miało być inaczej (zmniejszyła się energia, ale nie samo poparcie) – to taki międzynarodowy kontekst ma szansę wpłynąć pozytywnie również na społeczeństwo polskie w tym sensie, że utwierdzi je w przekonaniu, że Ukrainie należy pomagać.

Wydaje się, że powyższa konstrukcja ma dwa słabe punkty. Po pierwsze: dobry wynik specyficznie prawicowych, prorosyjskich partii w niedawnych wyborach europejskich może skłaniać do wniosku, że Stary Kontynent się putinizuje i że fakt ten wpłynie znacząco na spadek poparcia dla Ukrainy. No bo jeśli taka Marine Le Pen bezczelnie brała moskiewskie pieniądze – np. 9 milionów euro na kampanię wyborczą w roku 2014 – to przecież musi się odpowiednio odwdzięczyć. A skoro teraz pierwsza dama francuskiej prawicy wygrała w cuglach, znaczyłoby to, że euroazjatycka koncepcja szamanów Kremla jest bliższa realizacji, niż kiedykolwiek. Niekoniecznie! – i nie mówię tego jako niepoprawny optymista, ale w oparciu o rozkład mandatów trzech głównych sił w PE:

1) Grupa Europejskiej Partii Ludowej (chadecy) – 186

2) Grupa Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (socjaldemokraci) – 135

3) Grupa Renew Europe (liberałowie) – 79

Razem dokładnie 400 szabel, co daje bezpieczną większość w 720-osobowym parlamencie. Koalicja w tym składzie została już zresztą zaanonsowana przez Manfreda Webera – szefa EPP (EPL). O jakim zatem opanowaniu europejskiej legislatywy mowa? W tym kontekście lider ukrainożerczej Konfederacji może sobie pohukiwać, że jego partia w Brukseli zdziała to, śmo i owo… Nic nie zdziała. Nie dajmy się zwariować ani niepoprawnym euroentuzjastom, kiedy biją na alarm, ani ich popadającym w tryumfalizm przeciwnikom.

Drugi słaby punkt? Wrzaśnie kto zaraz, że przecież nasz kraj okazał się na początku wojny mocarstwem humanitarnym i to w zasadzie inni – jacyś tam Francuzi, czy Belgowie – powinni się od nas uczyć postaw solidarnościowych.

Spokojnie! Nasza szlachetność na tle innych narodów europejskich nie powinna nas wpędzić w megalomanię, a to dlatego, że, jak mówi Pismo: „pycha przed upadkiem chodzi”. Ale nie to jest najważniejsze. Oba terminy, jako abstrakcyjne, pozostają nieostre i co dla jednego jest jeszcze moralną satysfakcją, dla drugiego jest już pychą. Co nie znaczy – podkreślmy raz jeszcze – że nie trzeba mieć tego na uwadze. Tak samo, jak i drugiej okoliczności. Nie wolno utożsamiać – a mam wrażenie, że do takiego uproszczenia często dochodzi – dwóch kompletnie różnych rzeczy. Czym innym wciąż potężne, oscylujące wokół 90% przekonanie, że Ukraina padła ofiarą zbrodniczej agresji i że racja moralna leży po jej stronie, czym innym realna pomoc – ot, choćby wpłacić 5 złotych jakiemuś Sierakowskiemu na drona. Różnica ważna, albowiem tyle jesteśmy warci, „ile nas sprawdzono”. Deklaracje są istotne – bez nich wpadlibyśmy w nihilizm – ale należy pamiętać, że dzielą się ona na ideowe i koniunkturalne.

Są bowiem tacy, którzy deklarują solidarność z Kijowem tylko dlatego, że wymaga tego od nas „europejskość” albo relacje transatlantyckie – w gruncie rzeczy jednak traktują Ukrainę jako nie-do-państwo (jak gdyby nasze działo w pełni sprawnie), kraj post-sowiecki (jak gdybyśmy my nim nie byli), czy przestrzeń modernizacyjnego zacofania (jak gdyby Polska nie miała czego nadrabiać). Skoro jednak wszystkie cywilizowane autorytety we wszystkich nieagenturalnych mediach krzyknęły „ми з вами”, to trzeba było – idąc właśnie za koniunkturą – dołączyć. Może bez entuzjazmu, ale akces zgłosić.

Koniunkturaliści nie znikną i nie ma co naiwnie roić, że tak się kiedyś stanie. Ale można ich szachować, odwołując się do tych ośrodków, w podążaniu za którymi upatrują swego interesu. I w tym sensie to dobrze, że nawet na odległym – ale administracyjnie należącym do Europy – archipelagu, mówią ci, że płakali, patrząc na bombardowanie ukraińskich miast.

Ale na tym nie koniec. Zamiast, proszę Szanownych Państwa, oglądać się na to, co mówią w Brukseli / w Waszyngtonie, albo co tam kiedyś wykoncypował Wilson – znowu Waszyngton! – lepiej sięgnąć do własnej historii. A konkretnie do I połowy XV wieku. O bitwie pod Grunwaldem słyszeli wszyscy; co pilniejsi zapamiętali, że miała swą dogrywkę w czasie Soboru w Konstancji w latach 1414-1418 – tego samego, na którym spalono Jana Husa za herezję. Polska delegacja (z Pawłem Włodkowicem w składzie) przedstawiła na tym zjeździe bardzo nowatorski, w istocie jak gdyby wyjęty z naszych czasów, projekt ułożenia relacji między narodami. Nazywa się go niekiedy „polską szkołą prawa międzynarodowego”. Jego istotę stanowiła zasada pokojowego współistnienia nawet w sytuacji, kiedy po jednej stronie mieszkają chrześcijanie a po drugiej – poganie. Tłumacząc na język współczesny – gdy narody przynależą do dwóch różnych kręgów cywilizacyjnych, np. europejskiego i mongolskiego. Zasada ta, pozornie nihilistyczna, miała wyrastać z głęboko w swej istocie humanistycznej koncepcji „tajemnicy miłości” (misterium caritatis). Nie dogadujemy się – ale się nie zabijamy.

Działo się to pół tysiąca lat przed wystąpieniem amerykańskiego prezydenta, a dwieście lat przed Grotiusem. I jeśli w ONZ-cie, na forum unijnym, czy podczas kolejnej konferencji poświęconej bezpieczeństwu usłyszysz, Przyjacielu, że nie wolno napadać ani usprawiedliwiać napaści na sąsiedni kraj, to proszę: pamiętaj, że mówią słowami poselstwa Jagiełły. To byli przedstawiciele polsko-litewsko-ruskiego państwa, zjednoczonego później małżeńskim węzłem Rzeczpospolitej. Mamy z czego być dumni – my wszyscy z nich!

Dominik Szczęsny-Kostanecki

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України