Dziś: sobota,
26 września 2020 roku.
Przegląd do nr 624 – wrzesień 2020 r.
Historia
IN MEMORIAM

81 lat temu wybuchła II wojna światowa, wybuchła na skutek ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę.  Wojna ta  uznawana jest za największą wojnę światową w historii naszej planety. Uczestniczyło w niej 1,7 mld ludzi, w tym 110 mln ludzi z bronią. Według różnych szacunków, śmierć na froncie poniosło od 50 do 78 milionów ludzi.

Wrzesień 1939 roku w pamięci Polaków kojarzy się z pierwszymi ofiarami brunatno-czerwonej agresji ze strony dwóch sąsiadów – hitlerowskich Niemiec i stalinowskiego ZSRS.

Wrzesień 1941 w pamięci mieszkańców stolicy Ukrainy to też miesiąc, który budzi smutne wspomnienia, o czasach kiedy to rozegrał się tragiczny finał bitwy o Kijów opłaconej życiem ponad 700 tysięcy walczących o miasto.

Bitwa pod Kijowem w 1941 r. to miejsce największego jednorazowego zwycięstwa operacyjnego Wehrmachtu w czasie II wojny światowej. Co ciekawe sam Kijów w tej operacji pełnił rolę peryferyjną. Była to bardziej bitwa o środkową Ukrainę, stoczona na froncie wschodnim pomiędzy Armią Czerwoną a Wehrmachtem, która skutkowała potężnym okrążeniem wokół Kijowa niemal całego Frontu Południowo-Zachodniego Armii Czerwonej.

W czasie operacji według niemieckich danych wzięto do niewoli 665 tys. żołnierzy oraz zniszczono lub zdobyto 884 czołgi oraz 2718 dział i mimo że okrążenie nie zostało całkowicie zamknięte, dzięki czemu małe grupy żołnierzy Armii Czerwonej zdołały się z niego wymknąć była to bezprecedensowa klęska, skutkiem której rozbito pięć armii i naruszono równowagę strategiczną na całym froncie wschodniego .

ZIEMIA NIE OBIECANA

MOTTO:

...nieszczęsna Europa
przepołowiona
sierpami swastyk
rozłupana
demoludyczna i pyszna
przegrana                               
 (Czesław Niemen)

We wrześniu 1941 roku Niemcy wchodzili do Kijowa głównie od strony Kureniówki. Zachowywali się radośnie, byli świetnie zaopatrzeni i zmotoryzowani. Przy wejściu do miasta na żołnierzy Wermachtu czekali już stłoczeni, świątecznie ubrani Ukraińcy. Trzymali w rękach chleb i sól, ozdobione „rusznykami”. Niemiecki oficer wysokiej rangi odebrał z wdzięcznością od Ukraińca w białej haftowanej koszuli chleb i sól. Po krótkim powitaniu, kolumna motocyklistów i samochodów pancernych ruszyła w głąb Kijowa.

Żołnierze niemieccy, chyba zwiadowcy, pierwsi wjechali na motocyklach na Plac Sofijski. Jeden z hitlerowców wdrapał się za pomocą liny alpejskiej na pomnik Bohdana Chmielnickiego na koniu i przymocował do buławy hetmańskiej flagę nazistowską ze swastyką. To był widok nie z tego świata  – ręka z buławą i sztandarem nazistowskim wyciągnięta w kierunku Moskwy. Młodzi żołnierze niemieccy śmiali się i oklaskiwali pomysłowość swego kompana.

To, co się działo na placu, pan Jurek obserwował ze swojej kryjówki w kamienicy, naprzeciwko pomnika. Musiał przyznać w myślach, że Niemcy nie wyglądają tak karykaturalnie i groźnie, jak to opisywała propaganda sowiecka. Gołym okiem było widać, że czują się gospodarzami tej ziemi. Plac Sofijski i boczne ulice były puste. Kijowianie poukrywali się na wszelki wypadek, bo nie było żadnej instrukcji z „góry”, jak się mają zachować wobec Niemców, ponieważ władza sowiecka wycofała się z Kijowa w popłochu.

Hitlerowcy czuli się zwycięzcami. Ze słownikami w rękach poszukiwali kontaktu z kijowianami w pobliżu Soboru Sofijskiego. Pan Jurek zobaczył jak Niemiec, chyba oficer, w wygiętej czapce z daszkiem, próbował dogonić z dobroduszną miną na twarzy przechodnia, ale ten, przestraszony ze wszech sił uciekał. Oficer zaprzestał pogoni, machnął zniechęcony ręką i wrócił do swojego czarnego BMW, gdzie już czekał kierowca z piwem. Niemcy pośpiewali sobie wznosząc toasty za sukces niemieckiej armii. I tak samo nagle, jak przyjechali, znikli.

Pan Jurek widząc, że Niemców nie ma, wyszedł z kamienicy na ulicę i poszedł w kierunku Bazaru Siennego. Czuł głód, ale wszędzie trafiał na rozgrabione i zdewastowane sklepy. Na rogu zamiast rozbitej witryny – „Wódka, wino, piwo” leżał horyzontalnie, upity na śmierć, brzuchaty i włochaty chłop. Oznaką tego, że żyje było chrapanie, jak brzęczenie ogromnej muchy. Nieopodal pod fragmentami witryny leżała w złocistej kałuży własnego moczu koleżanka włochatego z uśmiechem szczęścia na twarzy. Szeroka jak spadochron spódnica tworzyła niemalże aureolę naokoło głowy upitej baby. Pan Jurek mimowolnie zwrócił uwagę na ten obrazek „wyzwolonego z władzy ludu”.

Kijów w międzyczasie, gdy armia czerwona opuściła miasto, a wojska hitlerowskie jeszcze nie weszły, został przez motłoch zniszczony, w stopniu większym, niż uczyniły to wybuchy niemieckich bomb. Pan Jurek w tym chaosie próbował znaleźć cokolwiek do jedzenia, ale wszystko, co było z żywności zostało rozkradzione lub na miejscu zjedzone i wypite. Nie znalazł nic prócz rozbitego szkła i rozlanych na podłodze płynów. Im bliżej było do Bazaru Siennego, tym ta kijowska apokalipsa zmieniała się na bardziej ludzki pejzaż.

Na rynku panowała atmosfera zwykłego szczytu handlowego, jak zawsze, z jedną chyba tylko różnicą, że porządku pilnował nie milicjant, ale jakiś typ ubrany po cywilnemu ze swastyką i karabinem na ramieniu. Trochę dalej pan Jurek zobaczył na budynku bardziej jaskrawą, ale też czerwoną flagę. Ta nazistowska różniła się tylko tym, że była z lepszego materiału i zamiast sierpa z młotem była swastyka.

Panu Jurkowi coraz bardziej dokuczał głód i zmiana władzy nie robiła teraz na nim większego wrażenia. Sięgnął do kieszeni. Miał jeszcze trochę rubli. Gdy podniósł oczy, zobaczył o parę kroków od siebie młodą kobietę, która przyglądała mu się ze szczególną uwagą. W rękach trzymała mały słomiany kosz, a w nim złociste, plecione kołacze.

MIŁOŚĆ DOBRA JAK CHLEB

Pan Jurek najpierw zwrócił uwagę na chleb. Podszedł bliżej i wtedy przyjrzał się kobiecie. To nie była pięknotka, która podbija wzrokiem mężczyzn. Miała długie faliste włosy koloru blond, wysmukłą sylwetkę, pociągłą o regularnych rysach twarz. Nie była podobna do handlarek z bazaru. Oczy miała żywe, błękitne i pociągające. Gdy pan Jurek zajrzał w nie, to poczuł jakiś wewnętrzny dreszcz. To były oczy pani Marii – tej Polki, która kiedyś podarowała małemu Jurkowi szklaną kulę z Jezusikiem w stajence. Stremowany pan Jurek podszedł bliżej do młodej kobiety i jąkając się poprosił o jeden kołacz. Kobieta życzliwie podała chlebek. Nagle papierowe pieniądze, które trzymał Jurek, porwał wiatr i poniósł je daleko ponad głowami tłumu. Zmieszał się nie wiedząc, co w takiej sytuacji ma zrobić. Na siłę próbował wcisnąć kołacz z powrotem do koszyka kobiety, ale ta się broniła, mówiąc, że za te pieniądze, które uleciały z jej winy musi oddać mu wszystkie kołacze. I nagle oboje, nie wiedząc, co mają uczynić w takiej niezwykłej sytuacji, wybuchli śmiechem. W mig znikło napięcie. Pan Jurek zaproponował, że w takim razie zaprasza na kawę do tych kołaczy, ale muszą przejść kawałeczek do jego mieszkania, bo kawiarnia przy Placu Lwowskim była zamknięta. Kiedy oboje ruszyli w kierunku mieszkania pana Jurka nagle, jak spod ziemi, pojawiła się jakaś starsza handlarka, która oddając mu banknot rzekła

- To chyba pańskie pieniądze spadły mi z nieba... Pan Jurek podziękował starszej pani. Natychmiast chciał się rozliczyć za wszystkie kołacze pod warunkiem, że jego zaproszenie na kawę pozostanie nadal aktualne. Młoda kobieta uśmiechnęła się i przedstawiła się, mówiąc, że ma na imię Maria. Zaskoczony tą zbieżnością imion pan Jurek odpowiedział machinalnie:

- Jurek jestem... ale to nie możliwe!...

- Co jest niemożliwe? – zapytała pani Maria.

- To, że pani ma na imię Maria – odpowiedział.

I znowu zaczęli się śmiać. Po drodze pan Jurek starał się nie kojarzyć tej młodej kobiety z Polką - przyjaciółką jego matki. Raczej martwił się teraz tym, jak pani Maria odbierze jego biedne mieszkanie na poddaszu. To jego zatroskanie było widać na twarzy, bo młoda kobieta zapytała:

– Czym pan jest tak zakłopotany?

Pan Jurek słysząc to pytanie jeszcze bardziej się zmieszał i wypalił, jak na spowiedzi.

– Jestem biedny i mieszkam bardzo skromnie pod samym dachem.

Na to pani Maria spokojnie go poprawiła:

- Pan chciał powiedzieć, że pod samym niebem... ależ to może być śliczne mieszkanie. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieszkać na mansardzie. To przecież cudownie. Otwierasz rano oczy i widzisz całe niebo jak na dłoni. Na takie zachwyty Jurek tylko się kwaśnie uśmiechnął. Gdy zbliżali się do domu, próbował żartować, ale to mu jakoś nie wychodziło. Niedaleko domu, na płocie szkoły dla głuchoniemych pan Jurek ujrzał nagle plakat, na którym stał Ukrainiec w stroju ludowym, o twarzy pełnej szczęścia od rozbitych kajdanów, z napisanym na dole wielkimi literami podpisem po ukraińsku: „Німецька армія звільнила вас від більшовицьких кайданів!”.

Pan Jurek natychmiast skomentował, że na świecie aż się roi od tych wyzwolicieli. Najpierw Sowieci wyzwolili nas od chleba z masłem, a teraz zamiast Azji wkroczyła Europa, ale Ukraina to - ani Europa, ani Azja...

Pani Maria smutno się uśmiechnęła do Jurka i powiedziała:

– A co nas w takim razie na tej ziemi czeka?

Nagle, już parę kroków od domu, jak spod ziemi, wyrosła babcia Dezzy, nazywana tak samo jak jej piesek – mieszaniec na krótkich i krzywych łapach z opadającym na ziemię brudnym brzuchem. Szybko zbliżając się w ich kierunku, na takich samych krótkich i krzywych nogach, babcia Dezzy z niesamowitą szybkością wyrzucała z siebie słowa, aż mokre od śliny:

 - Panie Jurku, niech pan tylko sobie wyobrazi, przed chwilą przychodzili do mnie ci sami milicjanci tylko ubrani już inaczej po niemiecku i znowu szukali w moim mieszkaniu złota. Jak tylko władza się zmienia, to u mnie, u biednej staruszki szukają złota. Kiedy to się skończy, panie Jurku?.

Jurek zdenerwowany ze złością odpalił z miejsca – jak tylko pani umrze. Na te słowa babcia Dezzy zamilkła jakby ją piorun trafił. Nigdy nie myślała o tym, że kiedyś umrze. Oprócz tego nie spodziewała się tak przykrych słów z ust tak inteligentnego studenta,(choć Jurek już dawno nie był studentem, o czym babcia nie wiedziała). Patrząc na jej zrozpaczoną twarz, pan Jurek poprosił o przebaczenie za swoje zbyt pochopne słowa, życząc sto lat życia pod słońcem tak pięknego kraju. Chcąc jak najszybciej uciec od kontynuacji rozmowy z babcią Dezzy, Jurek wziął pod rękę panią Marię i szybko poprowadził ją do klatki schodowej od strony podwórza. Gdy dotknął tę kobietę, poczuł, że przez jego rękę do serca weszło coś wielkiego, nie z tej ziemi. Mimowolnie pomyślał – a może to miłość?...

KAWA NA PODDASZU

Kiedy młoda para po dosyć stromych schodach wspięła się na siódme piętro, pan Jurek otworzył szybko dębowe drzwi zamknięte na symbolicznie wiszący zamek. Powiedział, że bardzo przeprasza, ale w pokoju ma taki bałagan, że musi wejść pierwszy. Pani Maria słuchała go uważnie, stojąc w bezruchu na wąskiej klatce schodowej. Po chwili usłyszała dźwięk spadających garnków, a potem zabrzmiał „Walc wiedeński” Straussa. Wreszcie w drzwiach pojawił się onieśmielony pan Jurek, zapraszając panią Marię do pokoju.

Weszła, i zobaczyła dwa tęczowe promienie słoneczne, które właśnie wpadały do pokoju przez okno w suficie. Na środku heblowanego i niemalowanego stołu, stał goździk w butelce po piwie a na samym końcu pod ścianą błyszczała oświetlona słońcem szklana kula. Pod oknem wisiały dwa aniołki, które lekko bujały się przy każdym powiewie wiatru. Przy samych drzwiach na taborecie stał czarny gramofon z kręcącą się płytą. Z tuby wydobywały się chrypiące dźwięki walczyka.

Pan Jurek poszperał w drewnianym pudełku i wydostał kawę. Potem rozpalił „prymus”- malutki miedziany piecyk na ropę. Pani Maria zaproponowała swoją pomoc w przygotowaniu kawy, ale Jurek grzecznie odmówił, tłumacząc, że to męska sprawa. Wsypał czarną kawę do metalowego, podobnego do czajnika naczynia, i zaproponował pani Marii by w międzyczasie przeglądnęła album rodzinny.

Młoda kobieta elegancko przysiadła na drewnianym wiedeńskim krzesełku przy stole, z wyprostowanym  jak u baleriny torsem i zgrabnymi, ustawionymi trochę na bok nogami. Długimi palcami wertowała z zaciekawieniem strony albumu z fotografiami. Raptem zatrzymała swoją uwagę na jednym ze zdjęć. Wyjęła go z albumu i zaczęła bliżej przypatrywać się dwóm kobietom, które stały na zdjęciu obok kościoła św. Mikołaja. Potem odłożyła to zdjęcie i czekała, aż Jurek skończy swoje parzenie kawy. Kiedy na stole stała już parująca kawa, zagotowana według „jurkowej recepty”, pokrojone kołacze i zgęszczone mleko, pan Jurek uśmiechając się niewinnie do pani Marii powiedział zapraszająco:

– Czym chata bogata”.

Nieco później, gdy Maria poczuła się bardziej swojsko w mieszkaniu pana Jurka, zapytała go, pokazując zdjęcie z albumu.

– Cóż to za kobiety są na tym zdjęciu?

Pan Jurek bliżej przyjrzał się starej, zrobionej za czasów carskich fotografii, i odparł:

- To moja matka z panią Marią, pewną Polką zaprzyjaźnioną z naszą rodziną. Moja mama już umarła, a po pani Marii zaginął ślad. Nikt nie wie, co się z nią stało po rewolucji. Pani jest bardzo podobna do pani Marii – dokończył pan Jurek cichym głosem.

Pani Maria jakoś machinalnie zerknęła do małego lusterka na ścianie.

- Naprawdę, tak pan uważa?. Jurek onieśmielony  cicho odparł:

 - Może się mylę, przepraszam, ale wydaje mi się, że tak...

Pani Maria uśmiechnęła się jakoś zagadkowo. Potem zapytała:

- Lubi pan Polaków?

Jurek odpowiedział pytaniem na pytanie.

- A dlaczego miałbym ich nie lubić?.

Pani Maria zastanawiając się chwilkę powiedziała: „Ale, przecież różnie było między nami...

- To pani jest Polką? – zapytał Jurek.

- Tak, i nie tylko, bo jestem córką przyjaciółki pańskiej matki. Pan Jurek aż zaniemówił, tak był zaskoczony. Po chwili powiedział:

 – Przeczuwałem to od samego początku, że to nie przypadek i, że z panią jest coś nie tak...

I nagle oboje znowu wybuchli beztroskim śmiechem, którym potrafią się śmiać tylko ludzie młodzi.

Eugeniusz TUZOW-LUBAŃSKI

Передплатити „Dziennik Kijowski” можна протягом року в усіх відділеннях зв’язку України